rageman.pl
Film

Duże Zwierzę

rok: 2000

reżyseria: Jerzy Stuhr

 

Film, który gdy widziałem w kinie, zrobił na mnie kolosalne wrażenie. W zamierzchłych czasach mego blogowania było coś o tym filmie. Pewnie nikt już tego nie pamięta, ale nie chce mi się w związku z tym specjalnie rozpisywać ponownie o tym filmie. Zresztą, nie ma po co. Formalnie jest to film prościusieńki.

Praktycznie dwóch aktorów: Anna Dymna i Jerzy Stuhr. Kapitalne zresztą role. Jerzy Stuhr zresztą również wyreżyserował ten film, co tylko potwierdziło jego wszechstronność (polecam również „Tydzień z życia mężczyzny” jego reżyserii). Scenariusz zaś to Krzysztof Kieślowski. Tak, Ten Krzysztof Kieślowski.

Nie, nie mamy do czynienia z zaburzeniem czasoprzestrzennym. Po prostu jest to jeden z pierwszych scenariuszy Kieślowskiego (powstały na podstawie opowiadania „Wielbłąd”). Miał być jednocześnie też jego pierwszym filmem fabularnym. Ze względu na ingerencję ówczesnych władz film nie powstał. Powstał dopiero na początku XXI wieku. Lepiej późno niż wcale. A przede wszystkim: najlepiej, że za film zabrał się aktor Kieślowskiego, który czuje jego kino jak nikt inny.

Fabuła prościusieńka. W końcu to tylko 73 minuty filmu, nowelka. Pierwsza scena: widzimy wielbłąda samego na polu. Nie pustynia, a nasze polskie, swojskie pole. Kolejna scena – ktoś się zbliża do mieszkania państwa Sawickich (Stuhr i Dymna właśnie). Ci jedzą obiad, ale po chwili spostrzegają, że „coś” wkroczyło do ich ogródka. Następnie już oglądamy pana Sawickiego spacerującego po prowincjonalnym miasteczku z wielbłądem. Zresztą czy to ważne, czy rzecz dzieje się na wsi? Myślę, że w Poznaniu rzecz wyglądałaby tak samo. Najpierw sensacja. Wielbłąd, wielbłąd, wielbłąd! Potem: a po co ten wielbłąd? I zaraz potem: a może by tego wielbłąda jakoś wykorzystać? Ale Sawicki nie chce zarabiać na wielbłądzie. On chce zwyczajnie się nim Opiekować. Tak jak psem, kotem, chomikiem, whatever. To się zaczyna nie podobać społeczeństwu, które stopniowo zaczyna się oddalać od Sawickich…

Film obrazek. Pod względem wizualnym śliczny, nie tylko ze względu na to, że jest czarno-biały (choć na tym też dużo zyskuje). Ale przede wszystkim film ten jest skrajnie dołujący. To jest film, który znienawidzą ci wszyscy, którzy idą do kina, by na dwie godziny zapomnieć o świecie, który ich otacza. „Duże zwierzę” ściąga na ziemię i nie brutalnie, ale sugestywnie pokazuje: taki jest ten świat. Do bólu nietolerancyjny. Ten film mówi o nietolerancji lepiej niż jakikolwiek wykład, pouczanka, program telewizyjny. To jest po prostu kolejne dzieło Kieślowskiego podporządkowane konkretnemu motywowi. Jedenaste przykazanie, kolejna idea francuskiej myśli. Stadium nietolerancji, odrzucenia przez społeczeństwo.

Nie miałoby to chyba takiej siły rażenia bez tego wielbłąda. Choć jest on tak na dobrą sprawę tylko metaforą. Aktorzy innej niż biała rasy musieliby się zapewne bardziej pomęczyć, byśmy mogli ich polubić i im współczuć. Ze zwierzęciem już takiego problemu nie ma. Bo jak tu takiego zwierzaka nie lubić? No ale piesek czy rybki to raczej akceptowane przez społeczeństwo są, nie są czymś wyróżniającym się. Wielbłąd już tak. Patrzysz na takiego, mielącego w gębie liście czy marchewki, i nie sposób nie ująć się jego losem.

Nie to, aby wzruszały mnie egzotyczne zwierzęta. Ale ten film tak perfekcyjnie chwyta za serce, że nie sposób nie uronić łezki, choćby w myślach. Tym bardziej że to nie żaden Hollywood. Ten film jest skrajnie europejski. Tak jak skrajnie europejski był Kieślowski. W idei. Bo wielkość filmów Kieślowskiego i Stuhra to poziom światowy.

A po wszystkim można sobie obejrzeć dodatki. Choć specjalnie wielu ich nie ma. Są powrzucane dwa filmiki w menu. Jeden z kręcenia jednej ze scen. Ciekawe: pokazane w kolorze. I już tylko ten fragment mówi, jak dobrym pomysłem była rezygnacja z kolorów. Drugi filmik zaś to pogadanka Stuhra. Ciekawie się robi, gdy mówi o relacjach „Duże zwierzę” – publika zagraniczna. Film jest kolejnym przykładem (tak jak np. „Mój Nikifor” Krauzego), że to, co w Polsce się nie podoba, za granicą jest wychwalane. I odwrotnie. Cóż…

Poza tym dużo czytania. O twórcach (przede wszystkim o Stuhrze ofkors). I teledysk. Jeszcze długo przed powstaniem tego filmu muzycy Myslovitz narzekali, że ich numery trafiają na soundtracki filmów z dupy. Że marzy im się np. kompozycja dla Stuhra. Mówisz – masz. Powstał numer „Polowanie na wielbłąda” i klip, który możemy oglądać na tym DVD. Dla mnie kwestia bezdyskusyjna – najlepszy numer Myslovitz ever. Pierwszy ich numer, który mnie autentycznie poruszył.


najlepszy moment: MYSLOVITZ

ocena: 8/10