rageman.pl
Muzyka

The Fratellis – Here We Stand

rok wydania: 2008

wydawca: Island

 

milo po dluzszej przerwie wrocic do rocka. nawet w tak lekko fajansiarskim, pseudo-indie wydaniu.

o debiucie The Fratellis wypowiadalismy sie rok temu dosyc cieplo, wyrozniajac ich z gromady zespolikow The Cośtams. niestety z kolejna, wydana dwa lata pozniej plyta juz tak rozowo nie jest, co tez juz zdazylismy wtedy nadmienic.

sa dwie metody, ktore moga zgubic co bardziej sympatycznych debiutantow. pierwsza droga- zgubna ambicja, prowadzaca do pseudoartystycznych zakalcow. pierwszy lepszy przyglad: The Killers i ich zajawka na Springsteena na „Sam’s Town”. mozna tez i zgola inaczej, czyniac druga  plyte prawie dokladna kalka pierwszej, z roznica w postaci braku pomyslow na melodie. tu przykladow jest jeszcze wiecej, jesli trzymacie reke na pulsie Muzyki to na pewno juz jakies nazwy przychodza wam do glowy.

The Fratellis to lekki ewenement w tym kontekscie, bo wybrali droge pomiedzy. niby jest troche inaczej, ale to wciaz prosciutkie, jesli nie prostackie granie w krzywo pojmowanej brytyjskiej tradycji. i spoko, nikt od nich niczego nie oczekiwal. poza fajnymi melodiami, ktorych natezenie bylo na debiucie zaskakujaco wysokie. ciezko powiedziec, czy dobre piosenki to wysoko czy nisko zawieszona poprzeczka – w kazdym badz razie fratellisom nie udalo sie jej przeskoczyc. oczywiscie jakosc melodii to jednak dosc subiektywna sprawa, jednak fakty mowia same za siebie – tylko trzy single („Costello Music” mial ich dwa razy wiecej), z czego ani jednemu nie udalo sie zalapac do pierwszej dwudziestki na brytyjskiem liscie przebojow. o porazce na rynku amerykanskim juz nawet nie wspominam.

a zaczyna sie calkiem wybornie, od zdecydowanie najlepszego tutaj „My Friend John”, z kapitalnym szantowym spiewem. to co jednak wyroznia ten album to silne nagromadzenie fortepianowego soundu – od bujajacego, Elton Johnowego („A Heady Tale”, singlowy „Mistress Mabel”) po liryczny closer w postaci „Milk And Money” (nie liczac rockowej wstawki w srodku utworu, skadinad sympatycznej). pare pomyslow na urozmaicenie struktury piosenek mozna by odnotowac, tyle ze po co – takie innowacje to powinno byc minimum, by w ogole powaznie mowic o danej plycie. zreszta to nie one zwracaja uwage, a raczej to, gdzie podzial sie zmysl przebojowosci autorow takich parkietowych killerow jak „Chelsea Dagger”. wspomniany „My Friend John”, „Mistress Mabel” czy ujmujacy „Babydoll” to za malo, by nie mowic o rozczarowaniu. a jesli jest prawda powiedzenie, ze jestes tak dobry jak twoj ostatni album to raczej nie dali nam tu powodow na to, by wyczekiwac ich reunionu.

a tak przy okazji – czy tylko mi kolo z okladki kojarzy sie z Lesem Claypoolem z Primusa?

 

najlepszy moment: MY FRIEND JOHN

ocena: 6,5/10

Leave a Reply