Nine Inch Nails – The Downward Spiral
wydawca: Nothing
idealna plyta na majowa niedziele, hehe.
powtarzalem nieraz, powtorze once again: Trent Reznor jest dla mnie producenckim geniuszem, absolutny top wszechczasow. natomiast problem pojawia sie przy probe oceny Reznora jako kompozytora. no nie wypowiadalem sie w tej kwestii pozytywnie, stawiajac nawet pod tym wzgledem wyzej Marilyn Mansona (takie zestawienie nie powinno nikogo dziwic, rajt?), to jednak totalne dyskredytowanie nie jest zbytnio fair – popelnil chlopak troche kapitalnych kompozycji, ktore byle ulomkowi by sie nie przytrafily. najwiecej ich trafilo na najbardziej oslawiony, drugi pelnometrazowy (EPek nie liczymy, choc to w przypadku dyskografii NIN nie mniej wazne pozycje) album formacji.
ale co ja zrobie, ze odsluch tej plyty to przede wszystkim stany orgazmiczne zwiazane z produkcja i aranzacja? funkujacy niemalze „Piggy”. pianinowe breakdowny w „”March Of The Pigs”. mnogosc sampli filmowych tak naturalnie wtloczonych w tkanke kompozycji, bedacych nawet czyms wiecej niz ich integralna czescia. zreszta nie tylko filmowe – sprawdzcie dzwiek rozpoczynajacy „Big Man With A Gun”, bedace niczym innym jak przepuszczonym przez pierdyliard efektow glosem przezywajacego orgazm kolesia (ponoc courtesy of tommy „ex-maz pameli anderson” lee, hehe) czy przerazajace buczenie na poczatku „Erasera” – a to tylko odglosy testowanego ustnika w saxofonie. profesorsko doskonale partie instrumentalne muzykow, zarowno tych „zreszonych w industrialu” (Lohner, Vrenna, Clouser), jak i gosci – wspolproducenta calosci Flooda (m.in. Pj Harvey, Sigur Ros), Adriana Belewa z King Crimson czy perkusistow Andy Kubiszewskiego (Stabbing Westward) i Stephena Perkinsa (Jane’s Addiction), choc najciekawsza partia perkusji popisuje sie sam Reznor w koncowce wspomnianej „Piggy”. o przewijajacym sie wciaz motywie dzwiekowym (chocby na koncu „Closera”, a takze „Heresy” i track tytulowy) nazwanym „Downward Spiral motif”, spinajacy ten konceptualny monolit w calosc juz nawet nie wspominam. reasumujac – wspominalem, ze „Antichrist Superstar” Mansona jako jego opus magnum zachwyca przede wszystkim produkcja czyniaca z albumu swoisty mikroswiat zamkniety w CD (tudziez winylu), z otaczajacymi sluchacza fakturami dzwieku tak gestymi, ze az namacalnymi. „The Downward Spiral” jest jeszcze lepszy. a wlasciwie to chyba jednak najlepszy jesli chodzi o dokonania Reznora-producenta.
i choc zawsze krytykowalem sluchanie plyt ze wzgledu na jakosc dzwieku, a nie jego przekaz, to trudno juz za samo rzmienie tej plyty nie dac jej 10/10 i zamknac temat. niestety, jest kwestia kompozycji. a pod tym wzgledem jest tu pare fragmentow, ktore dyskwalifikuja album jako dziesiatkowy.
zacznijmy od ewidentnych plusow. „Closer”. rockowy klasyk, chyba nie ma sensu rozwijac tematu – wszyscy znamy ten beat, ten refren, te wersy. niby podobnie ma sie z zamykajacym calosc „Hurt”, ale chyba jednak nie do konca. absolutnie nie mam zamiaru chocby minimalnie dissowac coveru popelnionego przez swietej pamieci Johnny’ego Casha, to jedna z najgenialniejszych rzeczy popelnionych w minionej dekadzie. niesmialo jednak zauwaze, ze warstwa muzyczna tego wykonania jest juz nierozerwalnie zwiazana z towarzyszacej jej klipem (autorstwa Marka Romanka, zreszta rowniez rezysera klipu do „Closer”), z nim stanowi pelna, rozjebujaca system emocjonalny, calosc. oryginal wyciska lzy juz na odcinku samej piosenki. no i jednak Cash zrobil z tego naprawde nowa jakosc – to juz nie swiadectwo rezygnacji z walki ze swiatem przyszlego samobojcy, a epitafium czlowieka na lozu smierci. „co kto lubi”… z lirycznych fragmentow trza jeszcze wspomniec o slicznym ambientowym instrumentalu „A Warm Place”, rzeczywiscie z tym swoim pianinkiem (Reznor at his best) stanowiaca przytulny azyl w tym bezdusznym, industrialnym swiecie…
… i cisnie sie na klawiature okreslenie: rzemieslniczo bezdusznym. bo jednak rzadzi na tej plycie lupanka. genialnie brzmiaca, swietnie wykonana, ale jednak lupanka. nie przeszkadza kiedy jest bardziej chwytliwa i inkrustowana swietnymi motywami – vide m.in. „Eraser”, „March Of The Pigs”, „Heresy”. mozna jeszcze przymknac oko na „Big Man With A Gun”, ktory mial byc chyba oczkiem puszczonym do mizoginizmu gangsta rapu. ale juz np taki „Reptile” czy „I DO Not Want This” nie idzie nazwac dobrymi kompozycjami.
a moze sie czepiam? w koncu jednak wiekszosc numerow wypada pozytywnie pod kazdym wzgledem. no, poza teksciarskim oczywiscie. ale chyba nie mnie to oceniac – miewam chwile zwaly, czasem dluzsze, ale jednak po zyletke nigdy nie chwycilem, krwi nie mieszalem ze sperma, nie uskutecznialem destrukcji i przemocy… stawiam „Downward Spiral” na polce obok „The Wall”. choc odrobine wyzej – by latwiej siegnac bylo jednak po dzielo Pink Floyd.
najlepszy moment: HURT
ocena: 9/10