rageman.pl
Muzyka

The Doors – The Best Of The Doors

rok wydania: 1985

wydawca: Elektra

 

jakos tak mi sie czasem zdarza labelowac Air jako „piosenki The Doors grane przez Jean Michel Jarre’a”. dlatego czas wreszcie pomowic o tej rock-legendzie, ktorej nigdy na tym blogu nie goscilismy.

coz, skladankowa forma omawianego wydawnictwa znow prowokuje do refleksji bardziej ogolnikowych, dotyczacych zespolu jako takiego. ale co wlasciwie mozna madrego napisac o The Doors? na pewno nie cenie ich tak jak The Beatles czy Pink Floyd. ba, wrecz wydaje mi sie, ze poza debiutanckim albumem wiodlo im sie o wiele lepiej na singlach niz albumach. niemniej i tak nie sposob nie wrzucic ich do szufladki z napisem „bossostwo muzyczne”.

wezmy chociaz sam instrumentalny aspekt. niesamowite, ile w zespole, uznawanym przez spora czesc ludnosci za archetypiczny dla muzyki rockowej, jest jazzu. przede wszystkim w grze Johna Densmore’a. zadne tam pieprzniecie Bonhama, co nie znaczy, ze koles piescil uszy gra miotelkami. czy taki Robby Krieger – niby palesaja sie tu i owdzie solowki, przy ktorych moga doznawac rockowi entuzjasci, ale jednak fakt, ze koles po rozpadzie The Doors paral sie przez chwile jazzem przypadkiem nie jest. no i dochodzi ta odpowiedzialnosc w zwiazku z byciem jedynym wioslowym w zespole. no wlasnie – brak basu. ciekawie, co nie? okej, niby czasem sie panowie wspomagali muzykami sesyjnymi w tej kwestii, ale na koncertach za dolne rejestry byl odpowiedzialny juz tylko Ray Manzarek. i tu juz watpliwosci nie ma – absolutnie jeden z najgenialniejszych klawiszy w muzyce rozrywkowej. kiedy slyszysz obecnie w muzyce gitarowej (choc tez niekoniecznie – vide casus Air) majestatyczne, czesto przepelnione melancholia plumkanie, to nie ma opcji, by nie skojarzyc z gra Manzarka (to co robi w „Riders On The Storm” to WZOR). no i Jim Morrison. Krol Jaszczur. bezkompromisowy poeta. koles, ktory zrobil TO z Nico i TAMTO z Janis Joplin. ulubieniec studentek humanistyki. prekursor rockowego frontmantswa, jesli mozna tak rzecz ujac. wczesniej zespoly to byly zespoly, gdzie moze jedni czlonkowie bardziej sie wyrozniali od pozostalych, ale wciaz mozna bylo mowic o grze zespolowej. a w tym przypadku mamy Jima Morrisona i The Doors. ale o tym wiedza wszyscy, ktorzy choc pobieznie zapoznali sie z historia The Doors. warte podkreslenia jest tez to, ze poza twarza byl tez tak na dobra sprawe mozgiem zespolu. niby podpisywali sie pod numerami wspolnie. ale tajemnica poliszynela jest, ze wiekszosc numerow na najslabszym „Soft Parade” popelnil Krieger, w zwiazku z kryzysem tworczym pana Mojo Risin’.

jeszcze mniejszy pomysl mam na to, co mozna napisac o tych 19 piosenkach tu zebranych. przeciez to elementarz muzyki, klasyka. podejdziemy wiec do tematu inaczej. oto bardzo subiektywny wybor pieciu, moim zdaniem najlepszych piosenek The Doors. albo nie – po prostu mych ulubionych.

1. „Break On Through” – jeden z najlepszych albumowych openerow ever. „Smells Like Teen Spirit” lat 60tych. czyli wjazd na impreze (moze byc Flower Power na Kazamatach), „entertain us!”, potrzeba tylko dwoch i pol minuty by rozpedzic totalna orgie po katach. CZAD. i wprawdzie jestem wrogiem ingerencji w cos, co juz jest perfekcyjne, ale rzeczywiscie temu numerowi dobrze zrobilby jakis porzadny remaster.

2. „Alabama Song” – cover niby, ale poza tym, ze go uwielbiam, to dobrze obrazuje, jak szerokie byli inspiracje tych panow. sklonnosc do teatru w zachowaniu scenicznym Jima to jedno. ale sama muzyka byla przesiaknieta melodiami i zagrywkami rodem ze sciezki dzwiekowej kabaretu czy cyrkowych popisow. jestem zakochany w tym rytmie na dwa. no i „mentalnie” to jakby sequel „Break On Through”. czyli przenosimy sie do Whisky Baru. tylko wskazcie nam droge.

3. „Five To One” – Najlepszy Podklad Hiphopowy Ever. wiedzial o tym buc Kanye West, dzieki czemu Nas nie mial najmniejszych szans wygrac beefu z Jay-Z, ktoremu nasz zdolniacha w specyficznych okularach ow podklad (okej, niby to po prostu sampel, ale jednak) dostarczyl.

4. „Hello, I Love You” – gdybym byl smielszy i wokalnie zdolniejszy, to refren by mi sluzyl za podstawowa bajerke imprezowa. choc bez towarzystwa TYCH klawiszy chyba by takiego wrazenia nie robilo.

5. „Riders On The Storm” – z tym wyborem mialem dylemat. jakis dlugograj musial tu sie znalezc, a „The End” i „When The Music’s Over” to powazna konkurencja. ale padlo na TE klawisze, na TE odglosy burzy i TEN klimat. btw – wykorzystanie „The End” w „Czasie Apokalipsy” to klasyka, wiadomo. ale pamietacie poczatek moim zdaniem calkiem niezlego filmu Oliviera Stone’a o The Doors?

nie bede ukrywal – nie kazdy numer tu mnie rajcuje w tym samym stopniu. gdyby nie melodia w „Touch Me”, to uznalbym ten numer za straszny kicz. nie wiem jakim cudem Morrison nie czul sie glupio spiewajac w towarzystwie takiej sekcji detej. natomiast „The Unknown Soldier”, z ta swoja wojenna wstawka rodem z dramatow Rogera Watersa nigdy mnie nie przekonywal. brakuje mi tu tez np „Love Street”. niemniej – ocenic trza calosc wysoko. tym bardziej, ze panowie Manzarek i Krieger wciaz bez zenady doja kase na legendzie, wydajac m.in. kolejne best ofy. wyroznijmy wiec dzis omawiany skladak. w zupelnosci on jeden wystarczy.

 

najlepszy moment: BREAK ON THROUGH

ocena: 9/10

Leave a Reply