rageman.pl
Muzyka

Air – The Virgin Suicides

rok wydania: 2000

wydawca: Record Makers

 

elo. kontynuujemy watek Air.

kolejnym wydawnictwem po „Premiers Symptomes” i dlugograjacym nastepca debiutanckiego „Moon Safari” byl omawiany dzis album, soundtrackiem bedacy. malo zaskakujace posuniecie – tworczosc francuzow bezproblemowo moze robic za muzyke ilustracyjna. nie wadzi zanadto, a jednoczesnie na tyle absorbuje bogactwem dzwiekow i motywow, ze z holywoodzka „tapeta” raczej jej nie po drodze. filmu Sophii Copolli, z ktorego pochodzi ta muzyka, nie widzialem, wiec odpada nam aspekt oceny pt „muzyka a film”. na podstawie tego, jak prezentowalo sie „Miedzy slowami” wierze, ze pod tym wzgledem jest bardziej niz okej.

chociaz nie, jednak bedziemy mieli problem z ocena. bo mozna ten albumik ocenic w dwojnasob. jesli potraktujemy dzielo jako kolejny album Air, to mozna wrecz mowic o rozczarowaniu. aranzacyjny przepych o wiele mniejszy niz na poprzednich wydawnictwach, wiekszych hookow brak, na dodatek jak juz takowe sie znajda, to sa mielone kilkakrotnie, przez co rozciagniecie calosci do 13 numerow wydaje sie lekkim cwaniactwem. no i wlasciwie tylko otwierajacy calosc „Playground love” wszedl do Airowej klasyki. czyli jednym slowem – mamy tu do czynienia z wszystkim tym, co charakteryzuje porzadny soundtrack. i jako taki „The Virgin Suicides” to rzecz kapitalna. klimat calosci wciaga jak odkurzacz na turbodoladowaniu, motywy – palce lizac, no i tworzy to spojna, roznorodna calosc. poczatkowo sennie, melancholijnie, slowem – typowe Air. co rusz jednak pojawiaja sie bardziej niepokojace dzwieki, szykujace na najgorsze. i rzeczywiscie, na wysokosci „Ghost Song” zaczyna sie robic dziwnie, jak na Air oczywiscie. juz zadne tulenie do snu, chilloutowe leniwce, jeno dzwieki blizsze psycholom z Warpa. a „Dead bodies” to juz stricte czad. tak wlasnie – czad, ten rockowego typu. mylilem sie piszac wczoraj, ze Air nie jest w stanie stworzyc czegos agresywnego. okej, dillinger escape plan to nie jest, ale bebny lomocza az milo.

no, wlasnie – bebny. pierwszy numer, singlowy „Playground Love” (cudny skadinad) to chyba „najinniejsze” rzecz tutaj. po pierwsze – jako jedyny ma tutaj wokal (pozniej wystepujacych chorow i sampli filmowych nie licze, za ktory odpowiada pan z zespolu Phoenix. po drugie – chociaz ma to cos z klimatu „Twin Peaksa”, to spokojnie wpasowuje sie w singlowa dyskografie Air. bo pozniej to juz dzieja sie rzeczy instrumentalnie zaskakujace. nawet takie, ktorych po mlodszych braciach Jarre’a i Tangerine Dream trudno byloby sie spodziewac. perkusja, calkiem rockowa gitara… Pink Floyd! posluchajcie takiego „Ghost Song”, no ej! i powiem tak – na luzaku ten album mogloby nagrac wczesne oblicze ekipy Watersa (moze nawet jeszcze to z Barretttem na pokladzie). i jest to mega komplement w kierunku powietrznych francuzow.

bardzo dobra rzecz.

 

najlepszy moment: PLAYGROUND LOVE

(jednak)

ocena: 8/10

Leave a Reply