rageman.pl
Muzyka

The Other Side Of The Mirror

rok wydania: 2007

reżyseria: Murray Lerner

 

kontynuujemy watek rockowych poetow. i wracamy do dylana, bo dawno go tu nie bylo.

historie muzyki (ograniczmy sie do rozrywkowej, tej rzadzacej swiatem od polowy ubieglego wieku) tworza nie tylko plyty czy same piosenki. to takze koncerty. niekoniecznie pelnoprawne sety – The Beatles wystarczylo pare piosenek odegranych w „Ed Sullivan show”, a The Doors wlasciwie jedno „Light My Fire” w tym samym programie. czasem to sa cale festiwale, jak Woodstock ’69. ciezko powiedziec, by Newport Folk Festival jako taki zapadl w pamiec. gdyby nie wystep Boba Dylana w ’65 roku.

bo chociaz podtytul zawiera magiczne slowko „live”, to film oglada sie przede wszystkim jako dokument. dokument historyczny. dokument o tym, jak rodzila sie Gwiazda, jeden z najwazniejszych tworcow XX wieku. tu juz musze wspomniec o jednym z najbardziej fascynujacych zjawisk muzyki lat 60tych i 70tych, ktora i tutaj ma swoje miejsce. w porownaniu z tym okresem dzisiejszy rozwoj muzyki bardziej przypomina ped najebanej slonicy w ciazy. dzis normalny cykl wydawniczy wynosi conajmniej dwa lata. a przewaznie trudno mowic o jakichs radykalnych zmianach w muzyce tychze. a 4 dekady temu prosze – led zeppelin czy the doors wydawali co roku po dwa albumy, kazdy dajacy sie okreslic mianem genialnego. nie inaczej bylo w przypadku dylana – 3 wystepy festiwalowe, w przeciagu 3 lat, trzy zupelnie rozne oblicza Roberta Zimmermanna. w pierwszej czesci, dotyczacej wystepu w ’63 roku, obserwujemy dylana niesmialego, wrecz skrepowanego, wspomaganego duchowo i wokalnie przez „starsza kolezanke po fachu”, Joan Baez. zreszta mozna odniesc wrazenie, ze i na rozciaglosci samego tego wystepu w ’63 roku mozna zaobserwowac pewien rozwoj. na poczatku zapowiadany jako „cudowne dziecko muzyki folkowej”, wykonujac pierwsze piosenki ciezko uznac, by zaslugiwal na jakis bardziej wyszukany tytul. kiedy jednak konczy set (okej, gwoli szczegolowosci – to sklejka dwoch roznych wystepow, bo tradycja festiwalu bylo dawanie tego samego dnia dwoch koncertow, za dnia w tzw „workshopie” i wieczorem na scenie glownej) wykonujac „Blowin’ in the wind” w towarzystwie czarnoskorych Freedom Fighters i Baez, czuje sie ze dzieje sie Historia. i ze wlasnie ten mlody chlopaczek te historie tworzy.

w ’64 roku do Newport Dylan przyjezdzal juz jako gwiazda folku. a ze w tych czasach folk nie byl jakims egzotycznym wynalazkiem tylko nurtem niemal wiodacym w muzyce, mozna mowic o Gwiezdzie *w ogole*. ktorej wizerunek, z tym wznoszeniem gitary i harmonijka przymocowana do ust byl rownie ikoniczny co elvis trzesacy biodrami i jagger wykrzywiajacy usta. Gwiazda, ktora juz wtedy wystepujacy na tym samym fescie Johnny Cash okreslal mianem najwazniejszego artysty tego wieku.

no i chyba ten najwazniejszy, najbardziej legendarny wystep. 1965 rok. lekkie zblazowanie dylana, ale w dopuszczalnej dawce. najpierw obserwujemy akustyczny wystep we wspomnianym workshopie. pare numerow pozniej jestesmy swiadkami proby Dylana i jego kapeli. zaczyna sie „Maggie’s farm”. Dylan w skorze, towarzyszacy gitarzysta wycina solowki ze hej. Halas. Rock. i po zakonczeniu koncertu buczenie. nie jakies donosne, ale w porownaniu z ekstaza publiki, nie pozwalajacej zakonczyc Dylanowi wystep rok wczesniej – buczenie znaczace. do dzisiaj muzykolodzy rozkminiaja co sie stalo. dzis, w dobie rzucania w kierunu sceny butelek i bochenkow chelba takie problemy moga dziwic, ale wtedy to naprawde byl szok. ale zaraz po wykonaniu genialnego „Like a rolling stone” obserwujemy zwrot publiki o 180 stopni. znow szal, Dylan ma wracac na scene. wraca, ale juz z gitara akustyczna i harmonijka. dal za wygrana? niekoniecznie. samo wykonanie chocby cwierc utworu w rockowej oprawie na folkowym festiwalu bylo ryzykiem popadajacym w akt samobojczy. takie czasy, dzieciaki. mowienie, ze wtedy narodzil sie Dylan Elektryczny moze wydawac sie jakas zajawka starych dziadow. ale hej! zaznaczylismy, ze mowimy o Historii przede wszystkim. a bez tego wydarzenia na pewno pare rzeczy potoczyloby sie zupelnie inaczej.

mowimy o Historii, ale co z sama Muzyka? okej, bez snobowania sie – na pewno nie jest mi Dylan tak bliski jak The Beatles, Pink Floyd czy Led Zeppelin. wynika to z tego, ze – chyba kazdy sie zgodzi – u Dylana najpierw jest Tekst, potem Muzyka. czyli inna kolejnosc niz ta preforowana przeze mnie. poza tym w skumaniu wielkosci Dylana mocno pomaga kontekst historyczny. niemniej facet i tak popelnil tyle bezwzglednie genialnych melodii, ze dyskredytowac go moga tylko debile i antysemici (co zreszta generalnie sie laczy). „Like a rolling stone” czy „Mr Tambourine Man” ruszaloby nawet zaspiewane po czesku (sorry, czechofile). inna sprawa, ze opisywane w tym filmie wydarzenia znaczaco podniosly wartosc dzialalnosci Dylana w sferze dzwiekowej. dzieki elektronicznej gitarze i sekcji rytmicznej jakos tak naturalnie zrobilo sie wiecej Muzyki w muzyce Boba…

trzeba znac. na tyle, ze pozwalam Wam sciagnac rzecz z netu. bo dvd w polsce chyba nie wydano, a w dodatach mamy tylko nudny w ch** monolog rezysera. sluchajcie Dylana i badzcie dla siebie dobziiiiiii.

 

najlepszy moment: LIKE A ROLLING STONE

ocena: 8/10

Leave a Reply