rageman.pl
Muzyka

The Doors – Strange Days

rok wydania: 1967

wydawca: Elektra

 

No, to teraz Klasyka Absolutna!

Genezę zajebistości The Doors tłumaczyliśmy już przy okazji notki o „Best Of”, więc przejdźmy od razu do konkretu. Dziwić może taka teza w kontekście faktu, że przeważnie doorsolodzy wypowiadają się o „Strange Days” w samych superlatywach, ale mam wrażenie, że drugi album jest dziełem niedocenionym. A konkretniej – niesłusznie przysłonięta cieniem genialnego debiutu. Niby sukces komercyjny, a jednak choćby taki następny w kolejności „Waiting For The Sun” przebił go pod tym względem o parę długości. Niby sukces artystyczny, ale jeśli ktoś zapytany o najlepszy album ’67 roku zdecyduje się wyróżnić coś z repertuaru The Doors, to praktycznie zawsze będzie to debiut. Hiciory? Niby są. Ale obczajka profilu zespołu na Last.FM pokazuje, jak ich popularność prezentuje się na tle takich szlagierów jak „Light My Fire”, „Hello I Love You” czy „Riders On The Storm”.

A przecież… przecież to album genialny! Co dziwi tym bardziej, że ponoć w sporej mierze program złożony został z kawałków, które nie załapały się na „The Doors”.

Paradoksalnie, właśnie te elementy spychające „Strange Days” w cień debiutu składają się na jego geniusz. Brak wybijających się przed szereg szlagierów pozwala delektować się „SD” jako całością, jego unikalną na tle dyskografii zespołu atmosferą. To właśnie tutaj ten psychodeliczny aspekt twórczości TD emanuje najsilniej, splatając w jeden narkotyczny trip kawałki czerpiące zarówno z bluesa, jak i latynoskiej muzyki, piosenki dwuminutowe z 11minutowymi kolosami. Nie wiem czy trupa cyrkowa może być psychodeliczna, ale okładka „SD” to chyba jedna z najlepiej korespondujących z zawartą na płycie ilustracji w historii popkultury.

Ok, jeśli mamy coś wyróżnić, to rzeczywiście będą to te najpopularniejsze stąd utwory. „People Are Strange”, czerpiący z tych samych europejskich inspiracji co interpretacja „Alabama Song”. Wieńczący całość „When The Music’s Over”, z pozoru nie tak spójny i bardziej improwizowany niż „The End”, mimo to (a może właśnie dzięki temu?) równie porywający i być może jeszcze bardziej szalony. No i „Love Me Two Times” z bluesową, zadziorną partią gitary.

A przecież pereł jest tu znacznie więcej. Jak utwór tytułowy, z pionierskim zastosowaniem mooga, jako opener płyty idealnie wprowadzający w jej klimat. Prawdziwie oniryczne (partia wiodąca w tym drugim!!!!) „Unhappy Girl” i „I Can’t See Your Face In My Mind”. No i chyba najdziwniejsza rzecz w całej dyskografii zespołu, „Horse Latitudes”. Dowodząca geniuszu instrumentalistów robiących tu tło przy wykorzystaniu m.in. kosza na śmieci, ale przede wszystkim Jima Morrisona. Morrisona – wokalisty, popełniającego genialną aktorską interpretację, ale i Morrisona – tekściarza. Nie wiem jak Wy, ale nie przypominam sobie wielu tekściarzy w rocku, którzy w wieku 20 lat czerpaliby literacką inspirację z faktu, że w XVIII wieku wyrzucano ze statków przewożone konie w celu zmniejszenia ładunku.

Ale „Strange Days” to arcydzieło całego kolektywu, nie tylko Morrisona. I przypomnienie, jak ambitnymi rzeczami kiedyś podbijano listy przebojów. W tym kontekście tytuł „When The Music’s Over” brzmi jak proroctwo niemalże.

 

najlepszy moment: PEOPLE ARE STRANGE/I CANT SEE YOUR FACE IN MY MIND

ocena: 9/10

Leave a Reply