David Bowie – Reality
rok wydania: 2003
wydawca: ISO
Bowie po raz drugi.
Elektroniczne wątki zapoczątkowane na „Outside” doczekały się rozwinięcia na późniejszym dwa lata „Earthling”. Płycie tyle udanej, co nawet skrajnej w zastosowanych środkach. Czy da się pójść jeszcze dalej? Pewnie dałoby się – są przecież jeszcze tak ekstremalne rejony jak speedcore, grindcore czy inne nojsy. Ale my tu nie mówimy o narwanym małolacie, ale o 50letnim. Przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz, ale życia nie oszukasz. Nie aby eksperymenty z lat 90tych były świadectwem kryzysu wieku średniego, jakąś próbą udowodnienia sobie bycia wiecznie młodym. Ale nikt nie zdziwił się (a rozczarowani „Earthlingiem” nawet poczuli radość), kiedy David w końcu przystopował i zaoferował w końcu coś bardziej wyciszonego, wręcz adekwatnego do swojego wieku. Nastąpiło to niedługo później, przy okazji płyty „Hours…”.
I może kolejne albumy – „Heathen” i omawiany tu „Reality”, są ciut żywsze od „Hours…”, niemniej można od tego albumu datować nowy etap w dyskografii/życiu Bowiego. Ujmijmy to hasłami – refleksja, spokój, wrażliwość, podsumowanie. Mniej życzliwi dołożyliby jeszcze jedno hasło: starość.
Jeden tytuł w indeksie jest dość wymowny w tym kontekście – „Never Get Old”. Nie mnie wyrokować, jak naprawdę czuje Bowie. Ale płyta nie jest niestety dowodem tezy postawionej w tekście tej piosenki. David się zestarzał. I najlepiej wypadają tu te piosenki, które świadczą o tym, że pogodził się z takim stanem rzeczy. Jak prześliczny, akustyczny (trochę wręcz szantowy…) „Days”, jednocześnie chyba jeden z najprostszych numerów w całej jego dyskografii. Czy wyciszony, oparty jedynie na partii pianina Mike’a Garsona „The Loneliest Guy”. No i „Bring Me The Disco King”. Numer datowany jeszcze na okres „Black Tie White Noise” (czyli 10 lat wcześniej!), który nagrywany był na każdy kolejny album i nie znajdował ostatecznie na nim miejsca. Ponoć ta, właściwie stricte jazzowa, wersja z „Reality” jest tą ostateczną. Fakt, pełna ona uroku. Ale śmiem jednak twierdzić, że najbardziej adekwatną interpretację zaproponował Danny Lohner w ramach soundtracku do „Underworld”. Ale to tak na marginesie.
To jednak mniejszość. Bo o prawdziwym obliczu płyty stanowią jednak takie tracki jak „New Killer Star”, wspomniany „Never Get Old” czy „Looking For Water”. Gitarowe, poprockowe, może nawet w jakiś sposób korespondujące z aktualnym wtedy nurtem nu-indie, czy nawet późniejszym Pearl Jam (przede wszystkim „Fall Dog Bombs The Moon”. Kawałki tyle przyjemne, co nijakie, a co najważniejsze – nie wnoszące absolutnie nic nowego do wizerunku Bowiego. Oczywiście na tym etapie nie musiał już absolutnie nic nikomu udowadniać i nagrać to, co mu w duszy gra. Ale… O ile te numery są jeszcze do zaakceptowania, tak już utwór tytułowy moim zdaniem zupełnie jest tu od czapy. Takie rzeczy to proszę zostawić jednak Strokesom czy nawet jakimś The Kooks. Trudno do udanych zaliczyć też zawarte na albumie dwa covery. W przypadku których problem tkwi nie w samych kompozycjach, ale w ich selekcji. Instrumentalnie „Pablo Picasso” punkowców z The Modern Lovers jest bez zarzutu, ale interpretacja wokalna moim zdaniem jest groteskowa, zupełnie nie przystająca Bowiemu. Jeszcze dziwniej jest w „Try Some, Buy Some” George’a Harrisona. Ni to psychodela, ni to Eurowizja. Może w tym szaleństwie jest metoda, ale nie wiem czy chce mi się dalej jej szukać.
To nie jest zła płyta, to trzeba podkreślić. Nawet kusi, by dać wyższą ocenę, bo jako całość wypada ona znacznie lepiej niż poszczególne fragmenty. Ale też trzeba pamiętać, że mówimy tu o ostatniej płycie jednej z najwybitniejszych postaci popkultury, na chwilę obecną bez perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Czy tak ktokolwiek wyobrażał sobie pożegnalny (nawet jeśli nieświadomie) album Davida Bowiego? „Kurwa, nie sądzę”.
najlepszy moment: DAYS
ocena: 7/10