rageman.pl
Muzyka

The Doors – Morrison Hotel

rok wydania: 1970 (reedycja: 2006)

wydawca: Elektra

 

Zatem o The Doors dalej. O tym, co się wydarzyło na dwóch kolejnych albumach zespołu Morrisona i spółki pomówimy przy innej okazji… Chociaż nie, trzeba wspomnieć o „The Soft Parade”. A to z tego względu, że bez tego albumu nie byłoby najprawdopodobniej „Morrison Hotel”. Może i banaluk, bo tak na dobra sprawę każdy nasz najmniejszy ruch ma jakieś konsekwencje w przyszłości (o, powiało Coelho). Ale „The Soft parade” jest o tyle istotny w dyskografii zespołu, że stanowił dość solidne obniżenie lotów. Artystycznie przede wszystkim, ale także fani nie mogli się pogodzić z faktem, że autorzy „The End” zamienili LSD na instrumenty dęte i zaczynali powoli szukać sobie nowego obiektu kultu. I może sztuka jest nieprzewidywalna, ale nie showbusiness. W zaistniałych okolicznościach rozwiazanie mogło być tylko jedno – powrót do korzeni.

Trochę się panowie jednak w tym powrocie zagalopowali. Bo zamiast wrócić do własnych, psychodelicznych korzeni, sięgnęli po inspiracje wręcz pierwotne. Blues, psze państwa. Zresztą otwierające całość energetyczne, improwizowane monstrum, „Roadhouse Blues”, już w tytule nie pozostawia wątpliwości, jakie brzmienia będą wiodły tu prym. W tych samych rejonach dźwiękowych krążą też takie rzeczy jak „The Spy” (za którego knajpiany klimat odpowiada przede wszystkim piano Manzarka), żwawy „Ship Of Fools”, czy zamykający stawkę „Maggie McGill”.

Ale nie samym bluesem człowiek żyje, zwłaszcza jak odkryło się uroki eksplorowania innych terytoriów gatunkowych. I tak już w drugi w kolejce „Waiting For The Sun” ma psychodeliczny, „przegrzany” klimat rodem z płyty… „Waiting For The Sun”. No tak, w końcu to odrzut z tamtego albumu, który nie wiedzieć czemu dopiero w „Hotelu” znalazł wolne miejsce dla siebie. Podobnie jak „Indian Summer”, pochodzący jeszcze z czasu debiutu. Co słychać – to jakby wprawka do „The End”, tyle że tym razem Morrison zamiast w mordercę ojca wciela się w rozmarzonego kochanka.

Jedźmy dalej… „You Make Me Real” to rockandroll trącący takimi tuzami jak Little Richard. Dziwnie? To co powiecie na szantowe „Land Ho!” (zresztą tytuł sugeruje, że nie jest to zły trop skojarzeniowy). Hmmm… Na szczęście są jeszcze bardziej tradycyjny „Queen Of The Highway” i chyba najciekawszy eksperyment, funkujący „Peace Frog”.

I gdyby wartość płyty była mierzona jej eklektyzmem, to spokojnie moglibyśmy mówić o najlepszej płycie od czasu ’67. I chyba nawet tak w rzeczywistości jest. Biorąc jednak pod uwagę bardziej przyziemne czynniki takie jak chwytliwość (by nie rzecz – przebojowość), spójne flow, atmosfera, to jednak „MH” przegrywa z kretesem z takim „Strange Days”. Inna sprawa, że wygrywa z 80% muzyki nagrywanej współcześnie.

Pomówmy jeszcze o reedycji, bo to ciekawa sprawa. W jej ramach otrzymujemy przede wszystkim kilka z 15 (!) podejść do „Roadhouse Blues”. Pokazujących, jak kapitalnie kiełkował ten utwór, aż w końcu uchwycono tą perfekcyjną chemię, jaka bije z głośników po odtworzeniu pierwszej pozycji w programie tej płyty. Poza tym alternatywne wersje „Peace Frog”, „The Spy” i przede wszystkim „Queen Of The Highway”, wykonany w stricte… jazzowym stylu. No ale to aż takim zaskoczeniem nie jest. Tłumaczyliśmy swego czasu dlaczego.

 

najlepszy moment: ROADHOUSE BLUES

ocena: 8/10