The Doors – L.A. Woman
rok wydania: 1971 (reedycja: 2007)
wydawca: Elektra
Co było po „Soft Parade” – wiemy, bo pisaliśmy o tym w ramach recki „Morrison Hotel”. Teraz będzie o kontynuacji tamtego albumu, a zarazem ostatnim wydawnictwie The Doors. No, ostatnim wydawnictwie jedynego słusznego składu The Doors, z Jimem na pokładzie.
„LA Woman” to nie tyle kontynuacja „MH”, co wręcz radykalizacja przedstawionego tam pomysłu na muzykę. To najbardziej bluesowa płyta zespołu. Co więcej, inklinacje bluesowa okazały się tu na tyle dominujące, że zupełnie wyparły psychodelę, od zawsze przecież obecną w ich muzyce (nawet na „komercyjnym” „Soft Parade”). Dlatego umieszczanie tego albumu w The Doors-owym kanonie lektur obowiązkowym wciąż pozostaje kwestią dyskusyjną.
Ja umieszczam. Bo nawet jeśli rzeczywiście nie jest to dzieło na miarę dwóch pierwszych płyt, to też zdecydowanie przebija wszystko, co nagrali od czasu „Strange Days”. Poza tym też należy wziąć pod uwagę, że na dobrą sprawę „LA Woman” nie mogłoby brzmieć inaczej. Klimat nagrań był wprawdzie diametralnie inny od tego, który towarzyszył rejestracji „Soft Parade” – nagrywanie w sali prób, wszyscy zaangażowani w proces twórczy w stu procentach, również Jim – ale jednocześnie czuło się, że to może być ostatni album. Przebyli w przeciągu tych zaledwie kilku lat tak długą drogę, tak zarazem wyczerpującą, że nikt praktycznie nie wyobrażał sobie, by „LA Woman” nie stanowiło ostatniego przystanku podróży. Zapas psychodelii został już dawno wyczerpany. A jaka muzyka lepiej wyraziłaby ten stan wyczerpania, życiowej bolączki aniżeli blues?
Owszem, nawet dziś już sam początek albumu może szokować. „The Chalgeling” ma przebojowy, murzyński groove, ale jednocześnie towarzyszy mu zgrzytliwy, przepity wokal Morrisona, nie mający już zupełnie nic wspólnego z rockowym cherubinem, uwodzącym swoim śpiewem na debiutanckiej płycie. Może „Roadhouse Blues” zamortyzował trochę ten szok, ale i tak możliwe, że mamy tu do czynienia z najbardziej bezkompromisowym wydaniem The Doors. „Love Her Madly” trochę uspokaja sytuację ładnie wyrzeźbioną melodią (nie bez powodu był z tego singiel) i wokalem mającym więcej ze starego Jima aniżeli Toma Waitsa, ale „Been Down So Long” przywraca na właściwe tory. Rytm na dwa, „zjechany” śpiew Morrisona, zaczepne zagrywki gitary… Zresztą w pewnym momencie panowie zupełnie się nie cackają i wprost sięgają do źródeł, coverując spopularyzowany przez Johna Lee Hokera „Crawling King Snake”. Fakt, może dziwić, że zespół o takiej renomie, na szóstej swej płycie sięga po cudzesa. Ale skoro wyczuwalne było niebezpieczeństwo finału przygody o nazwie „The Doors”, to należałoby postrzegać tą przeróbkę jako symboliczne zatoczenie koła – wszak ten numer grywali już na samym początku kariery.
Przepysznie stylowa rzecz, dziś zyskująca jeszcze bardziej na wartości w dobie revivalu na takie granie – przecież „LA Woman” nie leży tak daleko od tego, co robią dziś Black Keys czy Jack White. Mimo to wybór naj momentu może być tylko jeden – „Riders On The Storm”. Co tu dużo mówić – jeśli nie wyczuwacie magii tych perkusyjnych uderzeń IDEALNIE oddających brzmienie uderzającego o ziemię deszczu, to prawdopodobnie wylądowaliście pod złym adresem internetowym szukając informacji o Grubsonie (a co, się trochę wypozycjonuję: GRUBSON DANCEHALL REGE SEX DODA DOBRA PATOLOGIA KICIUSIE).
Jeszcze kilka słów o nowym wydaniu albumu. Tym razem bonusy tylko dwa – nastrojowy „Orange County Suite” i zaspiewany przez Manzarka (!) „(You Need Meat” Don’t Go No Further”. Znacznie jednak ciekawsze jest to, jak w ramach reedycji zaingerowano w sam właściwy program. A zmian tych sporo, najwięcej w porównaniu z pozostałymi jubileuszowymi wydaniami. Wydłużona końcówka „Love Her Madly”, skrócone intro „Riders On The Storm”, nowe intro do tracka tytułowego, a przede wszystkim nowa zwrotka w „Cars Hiss By My Window”. Nie są to modyfikacje, które zainteresują (a co dopiero zachwycą) kogoś innego niż psychofana the Doors, ale warto odnotować.
najlepszy moment: RIDERS ON THE STORM
ocena: 8,5/10