rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – The Heart Of Saturday Night

rok wydania: 1974

wydawca: Asylum

 

Listopad, czas wrócić po długim okresie rozłąki do Waitsa.

Kiedy robiliśmy jesienną porą 2010 roku Wielkie Omówienie Dyskografii Toma Waitsa, skupiliśmy się na jego dokonaniach z lat 80tych i późniejszych. Kontrowersyjnym to nie było – uważam, że najprawdziwszy Tom Waits, z wokalem ewokującym nasączoną whiskey brudną ścierkę, zaczął się od „Swordfishtrombones” (choć poprzedzający ten album „Heartattack And Vine” też uwielbiam). Niemniej pominięcie płyt z lat 70tych, wydanych dla Asylum, byłoby niesprawiedliwością skrajną. Bo jak pokazał omawiany już „Early Years Vol.2”, Waits już wtedy był Osobowością.

Nie ma co ukrywać, drugi album autora „Bone Machine” to Waits w wersji light, może nawet superlight. Knajpiane granie, ale bynajmniej nie ze spelun, których miał wkrótce stać się rezydentem, a całkiem wykwitnych restauracji, by nie powiedzieć snobistycznych. Nawet „Nighthawks At The Diner”, wydany przecież w tym samym okresie, wydaje się mieć więcej „brudu” (cokolwiek się kryje za tym terminem). Czy będzie to otwierający całość croonerowy „New Coat Of Paint”, swingujący „Diamonds On My Windshield” czy „Fumblin With The Blues” (chyba nie trzeba dodawać, w jakiej konwencji stylistycznej osadzony) – twoi rodzice będą zachwyceni. Tym bardziej, że wokalnie to wciąż Waits „czysty”. Nie tak niewinnie brzmiący jak przed debiutem, ale też ani przez chwilę nie słychać misiowych pohukiwań, z którymi obecnie jest kojarzony. Ba, nawet brak tu jakichkolwiek symptomów mutacji, którym zostanie poddany jego głos w przyszłości (choć „gadany” wokal w „The Ghosts Of Saturday Night” czy „Diamonds…” to już dość trademarkowa sprawa).

I tak na dobrą sprawę wrzuciłbym „The Heart…” do szufladki „Waitsowa ciekawostka, nieobowiązkowa”, gdyby nie ballady. Tu już mamy Waitsa at his best. Podbarwiony smyczkowymi „San Diego Serenade”, bardziej gitarowy niż fortepianowy „Shiver Me Timbers” czy też tytułowy to instant heart-breakery, jakie potrafi pisać tylko ten pan.

Ocena końcowa? Mimo wszystko jest to jedna ze słabszych płyt Waitsa i kusiło, by dać 7/10. Ale wmordejeza, to TOM WAITS. Dla sporej części wykonawców, którzy dostali tu siedem i pół na dziesięć, poziom nigdy nieosiągalny.

 

najlepszy moment: SAN DIEGO SERENADE

ocena: 7,5/10