rageman.pl
Muzyka

The Doors – The Soft Parade

rok wydania: 1969 (reedycja: 2007)

wydawca: Elektra

 

Zgodnie uważa się czwarty album The Doors za najgorszy w ich dorobku. I cóż, nie będę w tej kwestii oryginalny.

Oczywiście eksperymentowanie w sztuce to rzecz ZAWSZE godna pochwały. Jednak słuchając „Soft Parade” trudno nie odnieść wrażenia, że nie o odświeżenie bądź urozmaicenie brzmienia tu chodziło, a o zatajenie rozbuchaną formą znikomej treści.

Osoby interesujące się popkulturą znają doskonale przyczyna takiego obniżenia lotów przez zespół. Słynna afera na koncercie w Miami mocno dała się we znaki psychice każdego z członków The Doors, włącznie z głównym jej prowodyrem. Postępujący alkoholizm Morrisona, którego pokłosiem był wspomniany incydent, przełożył się także na postępujące dystansowanie się od reszty kapeli, a także na impotencję twórczą. W efekcie czego po raz pierwszy w historii zespołu mamy do czynienia z sytuacją, kiedy piosenki są podpisane przez poszczególnych członków, a nie cały kolektyw, jak miało miejsce do tej pory. Wszystko zaczęło się od piosenki „Tell All The People”, która zresztą rozpoczyna album. Nie tylko Morrison odmówił, by wymieniano go jako współautora tej piosenki, ale też dopiero po długich bojach zgodził się by ją zaśpiewać. I choć poszło głównie o tekst utworu, to także sama kompozycja tłumaczy jego awersję. Ten numer to jakaś totalna Eurowizja, ze względu na aranż przesycony dęciakami, ale przede wszystkim na melodię. Ok, może stając w szranki z takimi klasykami jak „Keine Grenzen”, „To nie ja” czy nawet „Waterloo” (by nie było – ja Abbę mega lubię!) miałby jakieś szanse, ale w zestawieniu z openerami Doorsowych płyt takimi jak „Strange Days”, „Roadhouse Blues” czy „Break On Through (To The Other Side)”…

Co innego „Touch Me”. Nieprzypadkowo to właśnie ten numer najbardziej pamięta się z „Soft Parade”. Owszem, zestawienie głosu Morrisona z dęciakami wciąż brzmi kuriozalnie, ale trudno odmówić tej piosence mega chwytliwości. No i ta wieńcząca piosenkę solówka saksofonu trąci nieobliczalnością, która mile ewokuje wczesną twórczość Manzarka i spółki. Nie zmienia to jednak faktu, że Krieger, autor „Touch Me”, dobrym kompozytorem tylko bywał. Trudno poważnie traktować kogoś, kto jest w stanie podpisać się pod taką groteską jak „Running Blue” z wtrętami bluegrassowymi (!), na dodatek ozdobione naprawdę oblechowymi wokalizami gitarzysty. „Wishful Sinful” też chluby nie przynosi, jako wypasiona aranżacyjnie (smyki), ale jednak pusta emocjonalnie, balladowa wydmuszka.

Inna sprawa, że Morrison, który tak odżegnywał się od piosenek Kriegera, sam niewiele zrobił by uratować album od widma przeciętności. „Shaman’s Blues” czy „Wild Child” to owszem, przyzwoite piosenki w starym stylu (choć paradoksalnie najbardziej pasowałyby na późniejszym albumie „Morrison Hotel”), ale bardzo możliwe, że w otoczeniu lepszych piosenek, z któregokolwiek wcześniejszego albumu The Doors, straciłyby cały swój blask. Ale już taki „Do It” (jedyna piosenka podpisana wspólnie przez Jima i Kriegera), czy przede wszystkim trącący totalnym Mrągowem „Easy Ride” świadczą o tym, że w tym okresie nie w głowie było liderowi The Doors pisanie piosenek godnych jego renomy. No i został nam jeszcze track tytułowy. Czyli kolejne prawie kilkunastominutowe zwieńczenie albumu. Być może najambitniejsze z dotychczasowych – to już nie tylko zabawy dynamiką czy atmosferą, ale całymi stylistykami, zbliżające The Doors jak nigdy wcześniej i później do tuzów prog rocka, a nawet i samego Zappy. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zapomniano o jednej rzeczy – fajnie, jakby całość choć trochę się kleiła.

Nawet perfekcyjna znajomość okoliczności powstania tego albumu nie jest w stanie zmienić tego, że niespecjalnie da się go słuchać. I moglibyśmy o sprawie zapomnieć, gdybyśmy rozmawiali o oryginalnej edycji dzieła. Ale! W związku z 40 rocznicą powstania debiutu na rynek wypuszczono remastery wszystkich albumów zespołu – z tej serii pochodził omawiany już zresztą na blogu „Morrison Hotel”. Największą zaletę tych wydań stanowią liczne bonusy – b-side’y, demo wersje itp. Tyle że jeśli w przypadku „Morrison Hotel” mogliśmy mówić o intrygujących, ale jednak dodatkach, tak bonusy dodane do „Soft Parade” wypadają lepiej niż właściwy program albumu. Mowa tu przede wszystkim o cudnym „Who Scared You”. Podpisany wspólnie przez Morrisona i Kriegera, stanowi idealną symbiozę starego The Doors z nowym, przesyconym instrumentami dętymi. Dowód, że koncept na brzmienie tego albumu nie stał od początku na straconej pozycji. Jak ten numer nie wszedł na finalną tracklistę „Soft Parade” (ostatecznie skończył jako strona B jednego z singli) nie jestem w stanie zrozumieć. Również „Whiskey, Mystics and Men”, w obu wersjach – pierwszej, knajpianej i wzbogaconej dźwiękami mandoliny i drugiej, „przyczajonej” – prezentuje się lepiej niż większość numerów następcy „Waiting For The Sun”. Demo wersja „Touch Me” nie różni się aż tak od wersji finalnej, chociaż może się wydawać, że finalne solo jest jeszcze bardziej szalone. Tylko „Push Push” słusznie nosi miano bonusu – to jam w rytmie… cha-cha. Mój Boże, co im do tego LSD dosypywano?

 

najlepszy moment: WHO SCARED YOU

ocena: 7/10

Leave a Reply