The Crusaders – Healing The Wounds
rok wydania: 1991
wydawca: MCA
12 lat i 8 plyt pozniej spotykamy sie z Crusadersami w dosc innym miejscu. zapytacie sie „Oh Rejdzu, powiedz nam, blagamy, coz to za miejsce???”
juz Wam mowie. stricte jazzowe. czyli tak jak bylo na poczatku ich wedrowki. ale niestety juz nie tak fajnie jak kiedys.
problem z ta plyta ma konkretne imie i nazwisko. Marcus Miller. nie ukrywam – uwielbiam go jako muzyka, instrumentaliste, to geniusz w tej dziedzinie i ciesze sie, ze spora czesc Polakow tez sie o tym przekonala za sprawa „Solidarnosciowego” koncertu Leszka Mozdzera. natomiast jako producent mnie mierzi. takie to wszystko ugladzone, studyjnie dopieszczone, zero analogowego ciepelka, nie mowiac juz o jakimkolwiek „brudzie”, swiadczacym o tym, ze plyte tworzyli na pewno ludzie, a nie jakies roboty. i taka dokladnie tez jest plyta „Healing The Wounds”.
gdyby jeszcze kompozycje porywaly… ale nie porywaja. mozna odnotowac, ze lista kompozytorow jest niemala, bo polowe popelnil Joe Sample (skoro mowa o ojcach zalozycielach: w skladzie nie ma juz trzeciego Crusadera, Stix Hoopera), a reszta to cudzesy: dwa razy Marcus Miller (no, kompozytorem wybitnym tez nie jest), jeden Zawinul i rodzynek Stevie Wondera. tyle ze nic z tego odnotowania, bo kompozycje zlewaja sie w jedno, slodko-jazzowe pitolenie. ciezko cokolwiek wyroznic. moze ten Wonderowy”Cause We’ve Ended As Lovers”, chocby ze wzgledu na goscinny udzial Steve Lukathera? tyle ze on wystapil na 1/5 plyt wydanych na swiecie, wiec co to za rarytas w sumie…
bysmy sie zle nie zrozumieli – to nie jest jednoznacznie zla plyta. ale jednak od jazzu wymagam juz ciut wiecej. a do „Street Life” nawet nie ma co porownywac, niebo i ziemia…
najlepszy moment: CAUSE WE’VE ENDED AS LOVERS
ocena: 7/10