The Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
rok wydania: 1967 (reedycja: 1987)
wydawca: Parlophone
Osoby które mnie choć trochę znają wiedzą, że w dyskusjach typu „The Beatles vs The Rolling Stones” (coś jak „Backstreet Boys vs Kelly Family” w czasach wczesnej podstawówki) opowiadam się za tymi drugimi. Jako jeden z nielicznych. Ale to nie tak, że nie lubię The Beatles. Nigdy w życiu. Doskonale pamiętam o koneksjach fab four z Jaggerem i spółką, ba! Można by nawet pokusić się przecież o stwierdzenie, że Rolling Stones nie byłoby takim zespołem jakim był (i jest w sumie) gdyby nie wpływ czwórki z Liverpoolu. Wszystko się rozbija o to co kto lubi i oczekuje od muzyki. Dla mnie RS to zawsze był taki negatyw Beatlesów – większy nacisk na rockandrollową energię, mniejszy na genialne melodie. Nie to aby Fab Four było grzecznymi chłopcami, wręcz przeciwnie. Ale u nich przede wszystkim urzekały melodie, aranżacje, harmonie. Attitude, wizerunek już był dla mnie mniej przekonujący. Z drugiej zaś strony – Rolling Stonesi nigdy nie nagrali tak przegenialnej płyty jak „Sierżant Pieprz”. To jest fakt. Tym większej w swej przegenialności, że wreszcie przekonuje mnie tu od strony, nazwijmy to, wizerunkowej. I nie chodzi o to, że wreszcie porzucili gajerki i można ich odróżnić. Nie chodzi też o to, że przez cały czas nagrywania płyty ponoć chodzili przećpani. Po prostu pod wpływem substancji zakazanych czy też bez ich wpływu, stworzyli album totalny, monolit muzyczno-konceptualny. Bo ja wiem, może po prostu jako swoje alter ego czyli Zespół Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza są po prostu ciekawsi niż w oryginale?
Okej okej, genialność swą objawiali już wcześniej (później też zresztą). Ale „Sierżant Pieprz” to płyta totalna, no po prostu. Wiem że o tym każdy wie, więc nic odkrywczego tu nie napiszę. No ale może ktoś zaczął muzyki słuchać wczoraj, więc do niego przede wszystkim kieruję te słowa. Chociaż może lepiej nie zaczynać przygody z muzyką od tej płyty. Bo do tych dźwięków trzeba dojrzeć. Ba, może gdybym rok temu miał oceniać tę płytę, to ocena byłaby gorsza. Ale człowiek przerobił już sporo dźwięków w swym życiu, od hip-hopu przez numetal na eightiesach kończąc i może teraz mogę w pełni zrozumieć co tu się dzieje.
I nawet nie chodzi o kontekst historyczny. Że pionierskie metody nagrywania, że pierwszy raz książeczka z tekstami. No a skoro mowa o książeczce, to i okładka, o której chyba już wystarczająco wiele napisano, więc może pomińmy ten temat. Chodzi o bogactwo tej Muzyki. O te wszystkie organy parowe, klarnety, efekty dźwiękowe, tuby, sitary… I co najważniejsze: to wszystko w służbie melodii. Bo to, że w ciągu minuty można upchnąć miliard pomysłów, udowadnia wielu wciąż. Fantomasy, elektroniczni magicy, johny zorny. Ale nie chodzi o wypruwające flaki eksperymenty, a o coś, co da się zanucić.
Zresztą, ciekawa sprawa z tymi piosenkami tutaj. Mam swoje top pięć numerów Lennona i spółki, które co jakiś czas przechodzi lekkie modyfikacje i tak na dobrą sprawę nigdy nie znalazł się na tej liście jakikolwiek song z tej płyty. Ale ten album to najlepszy dowód na to, że czasem całość może być czymś znacznie większym niż suma jego elementów. Po prostu zapuszczasz ten album i łykasz go absolutnie od początku do końca. Bez wyjątków. Na upartego można by się tu doszukiwać lepszych i gorszych momentów. Że „Lucy in the Sky With Diamonds” lepsze niż „Good Morning Good Morning”, a „Being for the Benefit of Mr. Kite!” to większa jazda niż „Fixing a Hole”. Ale po co? Normalnie może bym nie przełknął takiego numeru jak oldschoolowy „When I’m Sixty-Four”, ale po czymś tak totalnie jadącym na bani jak „Within You Without You” (jedyny numer Harrisona, ale za to jaki) taki McCartney w najbardziej głupawej wersji urzeka. Po prostu idealnie zestawione z sobą numery, idealnie zindeksowane.
No tak, tylko że tradycja nakazuje, by wybrać jednak ten najlepszy fragment. Więc co? Zaśpiewany przez Starra, zawsze podnoszący na duchu „With a Little Help From My Friends” (dżizys, przy lekkości tego numeru wersja Cockera to dla mnie patetyczna karykatura)? Czy „Lucy in the Sky With Diamonds” z refrenem, którego zwiewność pozwala naprawdę na te parę minut przenieść się w chmurkowe otoczenie? A może hardrockowy wręcz numer tytułowy i jego niezgorsza repryza? A może prześliczny „She’s Leaving Home” z orkiestrą w tle, jedno z najlepszych dokonań wokalnych Macca obok „Yesterday”, „Michelle” i „Eleanor Rigby”? Może totalnie psychodelicznie popierdolony cyrkowaty „Being for the Benefit of Mr. Kite!”. Chyba najbardziej na wyróżnienie zasługuje „A Day in the Life”, słusznie uważany za arcydzieło muzyki pop. Melodia Lennona, wtręt Paula, orkiestra… Ale to mogłoby zostać uznane za zbyt oczywisty wybór. Więc moja decyzja brzmi…
najlepszy moment: WITHIN YOU WITHOUT YOU
ocena: 10/10