Temple of the Dog – Temple of the Dog
rok wydania: 1991
wydawca: A&M
w ramach przeciwwagi dla serii notek o mixtejpach, ktore interesuja tylko mnie – kontynuujemy watek Plyt Klasycznych.
a „Temple Of The Dog” bez watpienia sie do takich zalicza. i naprawde okolicznosci powstania tej plyty nie maja tu nic do rzeczy, choc warto przypomniec jak to bylo: w 1990 zmarl Andrew Wood, frontman Mother Love Bone, jedna z bardziej charyzmatycznych postaci owczesnej ceny alt rocka i co najwazniejsze dla naszej historii – przyjaciel Chrisa Cornella. lider Soundgarden gdy tylko dowiedzial sie o smierci postanowil odreagowac w najbardziej z kreatywnych sposobow – czyli komponujac. do ich rejestracji zaprosil czlonkow MLB – Jeffa Amenta i Stone Gossarda, a takze kolege z Soundgarden Matta Camerona i stawiajacego pierwsze kroki na scenie muzycznej Mike’a McCready’ego. panom gralo sie na tyle dobrze, ze zamiast na planowanym singlu stanelo ostatecznie na pelnowymiarowym albumie. w sesji wzial takze udzial aspirujacy wokalista, ktorego Ament i Gossard postanowili wyprobowac do swego nowego projektu Mookie Blaylock. na imie byl mu Eddie. Eddie Vedder.
ciekawostka historyczna jest to, ze plyta odniosla komercyjny sukces dopiero rok po wydaniu, kiedy to wytwornia postanowila wypromowac ja na fali sukcesow plyt Soundgarden i Pearl Jam (kolejno „Badmotorfinger” i „Ten”). niecny zabieg, ale fakt faktem, ze sama muzyka zawarta na plycie prowokuje do siegniecia po te nazwy. nie bedzie to obraza ani specjalnym uproszczeniem jesli okreslimy TOTD wypadkowa tworczosci obu tych grup z tamtego okresu, z przewaga autorow „Jeremy”. wypadaloby wspomniec, idac w sukurs innym recenzentom, o inspiracjach klasycznym rockiem (Jimi Hendrix i Led Zep w szczegolnosci) gdyby nie to, ze przeciez sam Pearl Jam na wysokosci „Ten” byl jednym wielkim holdem dla klasyki rocka.
i w pierwszej kolejnosci fani Pearl Jam powinni siegnac po ten album. choc soundgardeniarze tez nie powinni pozostac obojetni (o czym ja w ogole pisze – czy jakis fan grunge’u nie zna tego albumu?), chocby po to by sie przekonac, ze stopniowe odchodzenie od metalowych inklinacji na plytach jego macierzystego bandu nie wzielo sie znikad. teoretycznie najciezszy w towarzystwie, „Pushin Forward Back” to wciaz zdecydowanie nie ta kategoria wagowa co „Jesus Christ Pose”.
zreszta ten numer to i tak wyjatek – sola tego materialu jest rockowa melancholia. nie smutek – choc powstanie plyty zainspirowala tragedia, a niektore fragmenty wyciskaja lzy, to plyta jako calosc ma zaskakujaco podnoszacy na duchu wydzwiek. predzej mozna by sie posluzyc terminem „rock ballada”, gdyby nie zostal na przestrzeni lat zeszmacony przez rozmaitych softrockowcow.no ale kto ma uszy, ten zauwazy roznice miedzy piardami Bon Jovi a „Say Hello 2 Heaven”, „Call Me A Dog” czy przede wszystkim „Hunger Strike” – jednej z najpiekniejszych piosenek, jakie powstaly na ziemi Seattle. no i fakt do odnotowania – jest to oficjalny debiut Veddera, byc moze nawet do dzisiaj jego najlepszy wokalny performance.
cos jeszcze? tak, wlasciwie cala reszta piosenek, wymienmy wiec – 11minutowy kolos „Reach Down”, „Times Of Trouble”, opatrzony i swietnym tekstem „Wooden Jesus”, „Your Savior”, mocno bluesowy (zreszta tego typu dzwieki pobrzmiewaja w paru innych numerach) z poczatku „Four Walled World” i nietypowy „All Night Long”. przepiekna plyta, nawet jesli zupelnie nie przelomowa. i najlepszy obok Mad Season dowod, ze najlepszych dokonan nurtu grunge niekoniecznie nalezy szukac w dyskografiach Wielkiej Czworki.
najlepszy moment: HUNGER STRIKE
ocena: 9/10