Radiohead – Amnesiac
wydawca: Parlophone
o wielki, przepotezny Radioheadzie. przepraszam ze Cie wczesniej nie docenilem. trzeba bylo czasu, choc zarazem to uczucie powalilo mnie jakby nagle.
a moze to przekora? „Ok Computer” niemal w dniu wydania zostal obwolany Arcydzielem, nigdy zatem nie bylo mi dane podejsc do niego na czysto, bez jakichkolwiek oczekiwan czy specjalnego nastawienia. po prostu – Wielki Album, Wielki niczym Slowacki, tak jest i nic Ci do tego. z czasem zaczynasz dostrzegac te jego wielkosc, czemu dalem wyraz pare dni temu, ale zeby od razu nowy „Sierzant Pieprz”. nie czuje tego, przykro mi.
z „Kid A” sytuacja ma sie zgola inaczej – kontrowersje, ktore towarzyszyly jemu wydaniu, dopiero z czasem przerodzily sie w kult. tyle tylko, ze w tym czasie lawirujac w innej strefie muzycznej calkowicie rozminalem sie z tym albumem, wiec pierwszy kontakt tez koniec koncow byl niejako „spaczony”.
i tu pojawia sie „Amnesiac”. wydany pol roku po „Kid A”, pomimo zapewnien muzykow przez wielu traktowany jako zbior odrzutow z tamtego albumu. tymczasem dla mnie aktualnie to nie tylko album genialny, ale takze i lepszy od poprzednika. moze nawet najlepszy w dyskografii tego zespolu. to jakby „Ok Computer” z wszystkimi jego zaletami, tyle ze bardziej: znacznie historyczne, nowatorstwo muzyczne i przede wszystkim kapitalne piosenki.
pierwsze dwa aspekty sa z soba powiazane, wiec zajmijmy sie oboma jednoczesnie. powtorzmy – „Ok Computer” to wybitny album. ale czy nie nasuwa sie samoistnie epitet „rockowy”? jestem przeciwnikiem szufladkowania, ale w tym wypadku nie da sie uciec od kategoryzacji – mimo wszystko sola tamtego materialu byly gitary i rockowe podejscie do Melodii. na szczescie na tyle eksperymentalne zarazem, ze kiedy tak recenzenci, jak i publika padla na kolana, sygnal by czytelny – w tym momencie mozemy nagrac WSZYSTKO. wspominalem juz wielokrotnie – dla mnie muzyka rockowa jest o tyle poteznym medium, co dosyc ograniczonym. ograniczonym przez pierwiastek ludzki, obligatoryjnym traktowaniem muzyki jako powstalej na bazie szkieletu gitara+bas+perkusja+wokal+”smaczki”. dlatego wielu wciaz nie chce traktowac rocka jako dziedziny Sztuki. bo Sztuka nie zna ograniczen.
czy Radiohead na „Amnesiac” to rock? nie. niezaleznie jakimi epitetami bysmy go opatrzyli – alt-, art-, experimental-. nawet jesli wciaz obecne sa tu gitary, a takie „Knives Out” spokoljnie mogloby znalezc sie nie tylko na „Ok Computer”, ale moze nawet – przy odrobinie dobrej woli – na „The Bends”. Radiohead na tej plycie to muzyczny odpowiednik futbolu totalnego – niby kazdy zawodnik ma przypisana jakas role, ale nie przeszkadza to swobodnemu wymienianiu sie pozycjami. wszystko w jedynym slusznym celu – zwyciestwo. Radiohead pokazuje tutaj, ze ma papiery na takie Totalne Granie jak malo kto. dlatego na przelomie wiekow wygrali tytul Najwazniejszej Kapeli Na Swiecie, zbawiajac nie tylko rock, co Muzyke jako taka. duze slowa, ale czy naprawde znacie druga kapele, ktora odnioslaby w ostatnim dziesiecioleciu taki sukces na obu polach, artystycznym i komercyjnym?
no i najwazniejsze – Melodie. dla mnie to fakt – znacznie trudniej jest popelnic udana Melodie niz Eskperyment. jednak polaczenie obu to juz jest umiejetnosc dana wybrancom. niby Radiohead udowadniali posiadanie takowej juz wczesniej. ale to wlasnie tu trafily, w moim mniemaniu, najcudniejsze kompozycje w ich katalogu. przede wszystkim „Piramid Song”, z rozkladajacym na lopatki combo wokaliz Yorke’a, fortepianu i orkiestracji. czy „Morning Bell”, brzmiacy niczym swiateczna piosenka w krzywym, nawiedzonym zwierciadle. czy „You And Whose Army?” z kapitalnym wejsciem fortepianu. czy „Dollar & Cents” z jazzowa perkusja i takim tez feelingiem (jazzowe inspiracje zespolu objawiaja sie wlasnie glownie w grze Selwey’a). czy z innej beczki „Packt Like Sardines In Crushd Tin Box”, choc przesiakniety awangardowa elektronika to jednoczesnie najbardziej chwytliwy w zestawie.
dlaczego wiec tylko 9/10? bo mimo wszystko nie kazdy eksperyment przekonuje i sa fragmenty gdzie wydaje sie, jakby zespol tylko sprawial wrazenie swiadomego tego, co chce osiagnac. jest tez i „Life In A Glasshouse”, dla mnie totalnie naciagany, choc opatrzony cudowna partia deciakow. z drugiej strony – tego typu fragmenty pozwalaja paradokslanie bardziej wczuc sie w material, bedacy wiernym zapisem kompozytorskiej sesji anizeli zlepkiem jej wyselekcjonowanych fragmentow. hmmm… moze czas w koncu wreszcie zaczac stosowac szersza skale ocen?
najlepszy moment: PYRAMID SONG
ocena: 9/10
