A Very Special Christmas
wydawca: A&M
z okazji Mikolajek – cos nietypowego.
jesli moge sobie pozwolic na odrobine prywaty, to przyznam szczerze, ze nie jestem wielkim entuzjasta Swiat. a wlasciwie – juz nie. traktuje je wrecz jako obowiazek do odbebnienia. 3 dni, szast prast, dziekujemy, dobranoc i do zobaczenia za rok. i ok, na te trzy dni moge wczuc sie w swiateczny klimat. kiedy jednak ow Swieta atakuja mnie na kazdym kroku, z kazdej witryny sklepu i kazdego radiowezla juz na poczatku grudnia to czysta kurwica mnie strzela, ktora momentalnie przeradza sie w zwale. jeszcze gorzej wplywa na mnie dzwiek polskich koled. owszem, przepiekne to kompozycje, ale jednoczesnie przerazliwie smutne i to w sumie bez wyjatku.
co innego amerykanskie piosenki o tematyce swiatecznej. zapewne wynika to z ichniejszego podejscia do zycia, ale fakt jest faktem – amerykance naprawde ciesza sie swietami. i potrafia to przelozyc na dzwieki, czego dowodem omawiany dzisiaj skladak. co tu duzo mowic – ubostwialem wrecz ten album za dzieciaka. byl on w moim Domu od kiedy tylko siegam pamiecia, rozbrzmiewajac co roku juz od polowy listopada – czesto na me usilne zyczenie („Tata tata tata tata, puuuuuuuuuuuuuuuuusc plyte, puuuuuuuuuusc”). dlatego nie zdziwilem sie, ze odsluchujac ja dzis poczulem dreszcz, jaki dawno nie towarzyszyl mi w obcowaniu z jakakolwiek plyta. pisalem juz kiedys o Sentymencie jako dosc waznym aspekcie w ocenie Muzyki. jesli taki sentyment mozna by zmierzyc, to w przypadku „AVSC” bylaby to koncowka skali. niemal bezposrednia transportacja do tych „wydan” Bozego Narodzenia przepelnionych beztroska, jak zreszta wszystkie pozostale dni w roku. tak, wzruszenie tez sie tu pojawia.
dlatego najchetniej sieknalbym 10/10 i byloby po sprawie. no ale jestem niby juz duzym chlopcem, dlatego sprobujmy obiektywnie ujac temat. staram sie kierowac wlasnym gustem, jednak ultraentuzjastyczna recenzja tej plyyty na Allmusic pozwolila mi odetchnac z ulga. czyli jakkolwiek nie odplyne w ocenie, nie bedzie ona kontrastowala z faktyczna wartoscia tego wydawnictwa (zakladajac, ze jakikolwiek recenzent jest w stanie takowa oszacowac).
no dobra, ale do rzeczy wreszcie – co my tu mamy? smietanka towarzyska, chcialoby sie powiedziec. i ciekawy przeglad tego, kto byl na topie w tym okresie. Madonna wykonuje niemal stworzona dla siebie „Santa Baby” (to wlasciwie „Material Girl”, tyle ze osadzona w kontekscie swiatecznym). Bruce Springsteen z ziomkami z E Street Band w swoim stylu rozprawia sie z „Merry Christmas Baby”. aranzacja „Winter Wonderland” popelniona przez Eurythmics tez nie odbiega od tego, co proponowali w bardziej nastrojowych kawalkach ze swego repertuaru. taki przeglad nie bylby kompletny bez jakiegokolwiek reprezentanta hiphopu, rosnacego wtedy w sile. no i jest, zreszta Run DMC’owy „Christmas In Hollis” (za produkcyjnymi sterami oczywiscie Rick Rubin) wytypowano na singiel promujacy. jeden z dwoch ulubionych fragmentow plyty…
… drugi czai sie tuz obok, pod kolejnym indeksem. swiat niestety nigdy sie nie przekonal, jak brzmialoby U2 wyprodukowane przez Phila Spectora. jako malo zadoscuczynienie mozemy za to uslyzec Bono i spolke w jednej z najpiekniejszych kompozycji jakie tworca Sciany Dzwieku popelnil, „Christmas (Baby Please Come Home)”. choc to wlasciwie li tylko ciekawostka, jako ze tego Spectora kompletnie tu nie slychac – rzecz brzmi jak wykapane U2 okresu „Joshua Tree”. czyli bardzo dobrze brzmi.
ale na tej plycie wlasciwie wszystko dobrze brzmi! nawet te fragmenty, za ktore odpowiedzialni sa ludzie nie majacy nic wspolnego z moja bajka, jak Bon Jovi, Bryan Adams czy John Mellencamp. przesada byloby powiedziec, ze trzeba tej plyty sluchac w calosci (sam zreszta kiedys ostro ja skipowalem). ale za to moge z cala pewnoscia poswiadczyc, ze kazdy znajdzie tu cos dla siebie. 15 konkretnych alternatyw dla „Last Christmas”.
najlepszy moment: U2 – CHRISTMAS (BABY PLEASE COME HOME)
ocena: 9/10
