rageman.pl
Muzyka

T. Love – I Hate Rock’n’Roll

I-Hate-Rock-n-Roll_T-Love,images_big,30,3575182rok wydania: 2006

wydawca: Pomaton

 

Padła wczoraj przy okazji Soykowego coveru „Wychowania” nazwa T.Love, czas wreszcie poświęcić tej zasłużonej kapeli osobną notkę.

O moim stosunku do dowodzonego przez Muńka Staszczyka zespołu pisałem dość niedawno w recenzji jego solowej płyty, nie będziemy się powtarzać. Ciężko mi w sumie uzasadnić, skąd ta sympatia do T.Love’u wynika. Na pewno jednak nie jest spowodowana jakimś konkretnym ich dziełem, jako że miałbym spore trudności ze wskazaniem w ich dyskografii chociaż jednego, wybitnego albumu. Mimo to trudno nie zauważyć, że po obfitującym w naprawdę świetne single początku lat 90-tych gdzieś na wysokości „Chłopaki Nie Płaczą” rozpoczęła się równia pochyła. Sami członkowie zespołu musieli w końcu dostrzec tę tendencję spadkową, bo po wydawaniu płyt w maksymalnie dwuletnich odstępach czasu na następcę mizernego „Modelu 01” musieliśmy czekać aż 5 lat. I opłaciło się. Bo „I Hate Rock’N’Roll”, nawet jeśli ani na moment nie porywa, należy uznać za powrót do formy.

Zwykło się określać ten album mianem T.Love’owej odpowiedzi na wolnym krokiem docierającą do Polski nową rockową rewolucję, w jej opisach powołuje się na Franz Ferdinandów czy innych takich… Moim zdaniem – bzdura. Może dlatego, że T.Love de facto zawsze trzymali rękę na pulsie globalnych trendów w muzyce? I jeśli ktoś wskazuje w (świetnym) „Sex-Komp-TV (2.IV.05)” indie-potańcówkowy potencjał, to mogę tylko wzruszyć ramionami – przecież ten numer nie stanowi jakiegokolwiek wyjątku w repertuarze T.Love. Poza tym sugerowanie T.Love, jakoby mieli inspirować się rurkową gównażerią to obraza dla tych facetów, siedzących już dwie dekady w tym biznesie. Raczej odwrotny kierunek powinna mieć ta inspiracja.

Inna sprawa, że te najbardziej klasyczne, mogące kojarzyć się nawet z czasami T. Love Alternative piosenki same w sobie nie stanowią jakiś „pocisków przebojowości”, mających szansę wejść do żelaznego repertuaru zespołu. „Czarnuch” ma przynajmniej kilka ciekawych walorów – funkowy feeling, szokująco rockerską solówkę Wojtka Waglewskiego (w ogóle sporo na tej płycie gości) czy dęciaki, w pewnym momencie cytujące… „Tako Rzecze Zaratustra” Ryszarda Straussa. Ale brakuje tego najważniejszego elementu, który pozwoliłby postawić ten numer obok „Potrzebuję Wczoraj” czy „Autobusów i Tramwajów”. „Foto” z repertuaru Fotoness stanowi miłe przypomnienie zapomnianej kompozycji zmarłego Jacka Lenartowicza (któremu album jest dedykowany), ale to wszystko. Natomiast „Deadstar” i „Dlatego” byłyby pierwszymi numerami „do odstrzału”, gdyby to mi powierzono skrócenie tego materiału, który rzeczywiście można by odrobinę odchudzić.

Zawarty na rewersie płyty spis utworów dzieli piętnastoutworowy program płyty na dwie połowy, linię podziału prowadząc między „Ścierwem” i „Gnijącym Światem”. Nie wiem czy to świadomy ruch, ale jest to jak najbardziej słuszny podział. Bo właśnie od tego singlowego utworu zaczyna się znacznie ciekawsza, bardziej niekonwencjonalna aranżacyjnie i kompozycyjnie część płyty. Sam „Gnijący Świat”, choć faktycznie niereprezentatywny dla albumu, jest zarazem moim ulubionym jej punktem. Przejmujący, a jednocześnie w perwersyjny sposób uroczy efekt finalny osiągnięty został najprostszymi, wręcz banalnymi środkami, na dodatku w sporej mierze zapożyczonymi z pamiętnego „Jest Super”. „Jazz Nad Wisłą”, dość Clashowaty, jest drugim obok „Gnijącego Świata” utworem dostarczonym przez Jana Benedka (co ciekawe, to nie jedyny były muzyk T. Love zaproszony do współkomponowania materiału płyty – pod „Scierwem” podpisał się Andrzej Zeńczewski, natomiast „Love And Hate” napisał z Muńkiem Janek Knorowski, jego partner muzyczny jeszcze z lat 80-tyych). Niesamowite, że tak owocna współpraca na linii Muniek-Benedek kilka lat później zaowocowała mizernym albumem solowym tego pierwszego… „Mr President” to cudaczny twór, balansujący na granicy dobrego smaku – chórek złożony z muzyków Zakopower wyśpiewujący tytułowe słowa, rapujący Sidney Polak… Mimo wszystko warto docenić próbę eksperymentu. „Forever Punk” jest, wbrew tytułowi, przesiąknięty duchem ska. Zaś „Pracuj Albo Gnij” i „Tylko Miłość” to rzeczy najbliższe reggae, za które odpowiada kojarzony z tymi klimatami Jan Pęczek – tutaj jeszcze jako gość na płycie, zaledwie rok później mający zastąpić w zespole Perkoza. Całość zamyka „Dreszcz”, za sprawą sitara ewokujący The Beatles w momentach ich największej fascynacji Indiami.

Nawiązując do „Wychowania” – nie wiem, czy trzeba kochać T. Love. Ja nie kocham. Na pewno powinno się ich szanować.

 

najlepszy moment: GNIJĄCY ŚWIAT

ocena: 7,5/10

Leave a Reply