rageman.pl
Muzyka

Őszibarack – 40 Surfers Waiting For The Wave

40-Surfers-Waiting-For-The-Wave_Oszibarack,images_big,16,7301042rok wydania: 2011

wydawca: EMI Music Poland

 

Można się chichrać z Open’era że hipsteriada, że świątynia lansu itp. itd, ale fakty nie kłamią – w tym roku wystąpi kilku naprawdę zacnych wykonawców. Sam już przebieram nóżkami na myśl o jutrzejszym Queens Of The Stone Age i Nasie, a przecież ci, którym łatwiej wychodzi wydawanie pieniędzy i nabyli karnet, zobaczą dodatkowo jeszcze Blur, Tame Impala czy Nick Cave And The Bad Seeds. Nawet Skunk Anansie wydaje się ciekawszą opcją niż Iron Maiden, choć o gustach niby się nie dyskutuje… Co z polskimi wykonawcami? Ano będą. Oczywiście highlightem line-upu w tej kategorii wydaje się Kaliber 44, ale i paru pomniejszych wykonawców warto byłoby sprawdzić. Jak np. Oszibarack.

Najświeższy jak dotąd album ekipy z Wrocławia odświeża trochę ich muzyczny wizerunek, aczkolwiek sedno pozostaje niezmienione. Czyli dalej obracamy się w rejonach wybitnie elektronicznych, bardziej kontemplacyjnych aniżeli tanecznych. Chociaż… to co wyróżnia ten album w dyskografii zespołu to jego nadzwyczajna „perkusyjność”, każąca zastosować tu epitet „plemienny”. Być może ma to związek z faktem, że za rytm odpowiada tu aż pięciu muzyków (w tym znany z Cool Kids Of Death Łukasz Klaus), być może nie… W każdym bądź efekt jest taki, że ta alternatywna elektronika stała się jeszcze bardziej alternatywna, prawie że przekraczając granicę za którą czai się rockowy obskur. Przesada? Jestem pewien, że gdyby ktoś się uparł i poprzestawiał parę elementów w aranżacji „Black Hawk” (i wymienił delikatny wokal DJ Patrisii na jakiś bardziej adekwatny) to wyszedłby mu niemal Nine Inch Nails jakiś. Wrażenie potęguje „Bear Soldier Wojtek” z poprowadzoną przez cały utwór partią gitary. Nie chcę odpływać w przesadzony namechecking, ale tu skojarzenia naprawdę są mocno rockowe. Ale spokojnie – mówimy o najszlachetniejszych nazwach muzyki gitarowej.

Poza tym po staremu. Mnogość faktur, miliard dźwięków, brzmieniowy wypas. Porównałbym to do śląskiego smogu, wszak nie jest to sound daleki od tego, jaki charakteryzuje chociażby Bipolar Bears. Coś w tym Wrocławiu jest, że muzyka z tego miasta – a mówię także o wykonawcach rockowych a nawet hiphopowych – cechuje się pewną (przyjemną!) dusznością, „ciemnym” klimatem zgoła odmiennym od trójmiejskich dźwięków niemal zawsze przerzedzonych morską bryzą. Absolutnie nie jest to żadna krytyka, jeno stwierdzenie faktu.

Problem zatem nie jest w bogactwie dźwięków, tylko w tym, że trochę w w tym wszystkim ginie Melodia. Nie dostarczają jej podkłady instrumentalne, nie gwarantuje jej też jednak głos Patrisii, która częściej uderza w „odloty” aniżeli śpiew dający się powtórzyć/zanucić. Nawet jeśli można docenić ten brak swoisty nachalności, nawet jeśli wciąż ma to swój urok – trochę szkoda, bo w tym mariażu elektronicznych aranżacji z popową chwytliwością pierwsza strona daje z siebie wszystko, a druga – niekoniecznie.

A może to kwestia głębszego zanurzenia się, wręcz zatracenia? Niezależnie od odpowiedzi – wciąż jest to płyta reprezentująca jasną stronę polskiej muzyki.

 

najlepszy moment: WOJTEK, THE BEAR SOLDIER

ocena: 7,5/10

Leave a Reply