System Of A Down – Hypnotize
rok wydania: 2005
wydawca: American
o ambitnym pomysle wydania podwojnego albumu, ktorego poszczegolne czesci wydane byly w odstepstwie pol roku, bylo dwie notki temu. po „mezmerize” czas na czesc druga – „hypnotize”
niezle to sobie skubance obmyslili. mezmerize otumaniala popowymi nalecialosciami w przesadnej wrecz dawce. musialo to zaowocowac nie tylko tym, ze album sprzedal sie w horreaodalnie wielkich liczbach, ale tez ulatwial jego nastepcy start w walce o wzgledy fanow i miejsc list przebojow. no bo przeciez skoro to druga polowa jednej calosci, to ryzyka nie bedzie.
a tu psikus. album wita takim wygrzewem („attack” mu na imie), jakiegoby sie nie powstydzili skandynawscy wyznawcy rogatego. i potem wcale nie jest spokojniej. nawet jesli daruja sobie takie brutalne wygrzewy rodem z metalowej extremy, to przeginaja aranzacyjnie. zenskie wokale, skrzypeczki, wstawki rodem z „goraczki sobotniej nocy”… schizofreniczne skoki dynamiki, ktorymi sie cechuja juz od debiutu, na tym albumie sa serwowane w wrecz nieprzyzwoitej dawce. hustawka intensywnosci dzwiekow, na ktora rozbujanie mars volta potrzebuje conajmniej 7 minut, u soad chodzi na pelnych obrotach juz od pierwszych sekund. bezkompromisowosc tych kompozycji przypomina stare dobre czasy debiutu…
roznica jednak taka, ze na debiucie, pomimo ciezaru, mielismy do czynienia z przebojowoscia. no, taka przynajmniej na poziomie co alternatywniejszego radia. kawalki z „hypnotize” ciezko wchodza do glowy. nie wiem czy to wplyw pana basisty shavo, ktory pare razy udzielil sie jako wspolautor kompozycji (podobnie jak pan wokalista zreszta). ale koniec koncow – opor zostaje przelamany. trzeba tyko przy odsluchu przestac szukac punktow zaczepeinia pod postacia melodii. usiasc wygodnie (tym razem, w przeciwienstwie do „mezmerize”, numerow idealnych do pogibania sie nie odnotowano), zamknac oczy i na pol godziny powierzyc swoj los emocjonalnemu rollercoasterowi, a raczej kierujacym nim panom z SOAD. pozwolic sie zahipnotyzowac.
tylko tak sobie mysle, ze gdyby po lekkim przesiewie zrobic z tego jednoplytowy album, mielibysmy do czynienia z totalnym miazdzerem. a tak to mamy dwa albumy bardzo dobre. dobrze to czy zle, kwestia ta do wgladu wlasnego
najlepszy moment: LONELY DAY
ocena: 7/10