The Mars Volta – De-loused In The Comatorium
wydawca: Gold Standard Laboratories
Kto normalny lubi rock progresywny, no kto? Chyba tylko Piotr Kaczkowski. Wypowiadałem się o tym już nieraz (przeważnie właśnie w kontekście twórczości The Mars Volty), ale powtórzę: rock progresywny dla mnie zaczyna się i kończy na Pink Floyd. Jestem w stanie zaakceptować dokonania Genesis czy Marillion, ale wynalazki typu Neo czy Arena trzymajcie ode mnie z daleka. Nie lubię też żenienia progresji z metalem, co to niby ma być ożywcze i świeże dla gatunku, a co czynią np. Dream Theater czy Porcupine Tree. Żenienie rocka progresywnego z punkiem wydaje się jeszcze większą bzdurą, a jednak. Dokonali tego panowie z The Mars Volta.
Szkoła, jaką dała założycielom TMV gra w post-hardcore’owym At the Drive-In, dała przede wszystkim wiedzę, że emocje największe wywołuje się u słuchacza, gdy da się konkretnego łupnia w instrumentarium. W międzyczasie musieli zapewne gdzieś się doczytać, że taka ściana dźwięku robi jeszcze większe wrażenie, gdy skontrastuje się ją z wyciszeniem, odlotem. Jak rozkminili, tak zrobili.
Oczywiście skoro rock progresywny, to musi być jakiś koncept. Taki też i mamy na debiucie. Historia człowieka co się Cerpin Tax zwie (postać oparta na osobniku z kręgu TMV, Julio Venegasie). Persona ów próbowała się najpierw zabić, przedawkowując morfinę. Zapada w śpiączkę. Gdy się cudem z niej budzi, stwierdza że prawdziwy świat zmienił się na jeszcze gorsze, co mu się nie podoba, więc dopełnia przeznaczenia i tym razem udanie odbiera sobie życie.
Większość płyty opisuje właśnie to, co dzieje się w psychice głównego bohatera. Nie wiem jak to jest być w śpiączce, ale wizja Mars Volty skutecznie zniechęca do zapoznania się z tym stanem. Nieustające skoki dynamiki, erupcje emocji w postaci masowego ataku instrumentarium, a z drugiej strony krępujące wyciszenia, z plumkaniami wody, dźwiękami przyrody itepe itede w tle. Niewesoła sytuacja więc. Jedyny plus taki, że to wszystko co Ci przygrywa we łbie tworzy piękną, pasjonującą muzykę. Że w pewnym momencie nie chcesz tego świata opuścić. Bo tak cię zachwyca niesamowicie rozwinięty wokal pana Cedrica. Bo tak kapitalnie ujmuje cię gra gitarzysty, który sprawia wrażenie potwora który połknął talenty Santany, Jimmy’ego Page’a i Toma Morello. Bo słyszysz bogactwo inspiracji – Pink Floyd, co bardziej odlotowy Led Zeppelin i muzyka latynoska. Bo słyszysz, że tło, na którym popisują się główni spiritus movens Mars Volty, tworzą nie mniejsi fachowcy, z Fleą na czele. Na dodatek w pewnym momencie (a konkretnie w „Cicatriz ESP”) słyszysz natchnioną grę samego Johna Frusciante. A zamykając temat Red Hot Chili Peppers, to za klarowność dźwięków ci towarzyszących odpowiada nadworny producent papryczek, miszcz-nad-miszczami Rick Rubin.
Budzisz się jednak, słusznie stwierdzasz że life sucks i postanawiasz zejść z tego łez padołu. Cóż za ból, że w tym momencie towarzyszą ci najpiękniejsze dźwięki w całej twej historii. Zatytułowano je „Televators”.
Są płyty tak kapitalne, tak oryginalne, że aż nie chce się wierzyć, że można coś jeszcze w tym temacie powiedzieć. Debiut Sex Pistols, debiut Rage Against the Machine… Ci pierwsi nie próbowali nawet, ci drudzy spróbowali i nie wyszli na tym źle (choć zdania są podzielone). The Mars Volta też walczą dalej. Niestety, dla mnie żadna późniejsza płyta tak się nie trzyma kupy z konceptem jak omawiana powyżej. Nie ma tak idealnej symbiozy treści z formą. Będzie ta sama forma, która bez treści będzie męczyć. Ja już tego nie kupuję.
najlepszy moment: TELEVATORS
ocena: 7,5/10

