rageman.pl
Muzyka

Bjork – Volta

rok wydania: 2007

wydawca: One Little Indian

 

o ja glupi! jakze moglem w Nia zwatpic, ze nagrala slaba plyte! jak ja moglem nie docenic tego albumu.

bo problem z Muzyka jest taki, ze jak nas Artysta do czegos przyzwyczai to kazde odstepstwo od reguly uznamy za niepokojacy, za kryzys, zeby nie powiedziec – zdrade. najbardziej to przejebane maja muzycy ac/dc, bo gdyby nagrali cos wybiegajacego poza schemat banalnego numeru opartego na jednym riffie i schemacie zwrotka-refren, to by ich rzesze fanow zywcem zjadlo. od takiego Toola z kolei oczekuje sie, ze kazda plyta to bedzie wymyslanie prochu, rewolucja w muzyce. i nagle nagrywaja 10.000 days, ktore moznaby nazwac nna upartego Lateralus 2 i od razu wielki raban i odwrot od zespolu „tru hardkor” fanow.

nie inaczej jest z bjork. kazdy oczekuje od pani z islandii, ze bedzie coraz elitarniej, coraz kunsztowniej, coraz trudniej. i nagle jak grom z jasnego nieba spada w czerwcu ubieglego roku „Volta”. i szok fanow i palpitacja serca u co wrazliwszych, ze przy numerach Babsi znow da sie tanczyc.

przyznam, ze ja tez na poczatku bylem zawiedziony. ze nic nowego, ze wrecz – o zgrozo – komercja. tyle ze Muzyka to nie tylko dzwieki. ale takze artysta. i tak jak probujesz zrozumiec dzwieki, tak trzeba czasem i zrozumiec artyste, bo czasem bez tego nie da sie zrozumiec dzwiekow. bo co po Medulli (i na dobitke soundtracku do Drawing Restraint 9) mozna bylo nagrac? czy mozna bylo jeszcze bardziej posunac granice experymentu? pewnie maniacy by sie cieszyli, nawet gdyby za podklady na nastepnym albumie mialyby sluzyc szum morza i odglosy ogniska. ale moze sama Artystka nie widziala rozwiazania tego problemu? a moze – przede wszystkim – czula ze ma dosyc experymentu?

taki tez wniosek mozna wysunac czytajac wywiady z Boginia. ze chodzilo by znow muzyka poruszyla cialo, nie tylko dusze. no i teraz, juz nie tylko obiektywnie, po wysluchaniu i przeanalizowaniu albumu moge przyznac – plan zrealizowany. w 1000 procentach.

posluchajcie otwierajacego album, singlowego „earth intruders”. posluchajcie, jak ten podklad kipi od pomyslow, od dzwiekow. jaka roznorodnosc w sobie zawiera, jako ta tytulowa ziemia, co to codzien zachwyca nas swym bogactwem. kto by pomyslal, ze za tak poetycki w swym opisie podklad bedzie odpowiadal sam moj prywatny miszczunio Timbaland. krytykow, co to sie zalapali tylko na hity z mtv przypominam – ten pan juz wczesniej mial na koncie wspolprace z mniej lub bardziej nietypowymi wykonawcami pokroju Beck, Limp Bizkit czy Duran Duran. i w tym widze jego wyzszosc nad np The Neptunes, nakierowanymi na stricte „czarne rytmy”.

chlopak podolal. bo zarowno w przypadku EI, jak i pozostalych dwoch jego kawalkow na Volcie – Innocence i Hope, nie ma mowy o zdradzie. z obu stron. Timbo zapodal swoje charakterystyczne, pogiete rytmiczne basowe popiardywania okraszone smaczkami aranzacyjnymi, a Bjork idealnie wtopila sie w nie swoim anielskim glosem. ale przeciez muzyka na Volcie to nie tylko pan Mosley. to takze staly wspolpracownik Mark Bell, odpowiedzialny za dwa numery (w tym „Declare Independence”, o ktrym za moment. to oczywiscie tez Bjork, ktorej kompozytorsko jednak chyba najblizej do tego, co zaprezentowala na Homogenic, ewentualnie Vespertine. za skojarzenia z tym ostatnim krazkiem odpowiadaja tradycyjni, ultraegzotyczni muzycy, ktorych Babsi hurtem sciaga na swe plyty.

skoro zas o gosciach mowa. mamy tez wokalne featuringi, do ktorych Bjorkowna ma ostatnio szczescie. mike patton, mike patton, goszczacy na medulli, to osobnik ktory wysoko zawiesil poprzeczke. pan Antony z Antony And The Johnsons, choc reprezentujacy zupelnie inna bajke, podolal zadaniu. w zamykajacym plyte „My Juvenile”, ale przede wszystkim w…

… „The Dull Flame Of Desire”. jednej z najpiekniejszych piesni o milosci. 7 minut ponad, na poczatku minimalistyczny, dostojny podklad, z ktorego coraz glosniej przebija, podbudowujacy napiecie perkusyjny rytm, wybuchajacy pod koniec w calej okazalosci. cos pieknego. a to co bjork i antony robia tutaj wokalnie… no, inaczej niz „spotkanie na szczycie” okreslic sie tego nie da. dwa anielskie glosy, ktore po latach poszukiwan wreszcie sie odnajduja na ziemi.

a z zupelnie innej bajki jest drugi hajlajt tej plyty. „declare independence”. peaches spotyka speedcore. najagresywniejszy kawalek w dyskografii Bjork. totalny zabojca na zywo. kto byl w babich dolach w tamte wakacje, ten wie o co chodzi.

moglbym tak pisac i pisac o tej plycie. juz czuje bol w paluchac i przeczuwam, ze wy odczujecie podobny w oczach czytajac moje wypociny, wiec podsumuje: pani bjork nie zaskoczyla tutaj. wymieszala po prostu efekty swoich dotychczasowych poszukiwan. mnie przede wszystkim cieszy brak zaskoczenia, jesli chodzi o poziom plyty. znow ultrazajebiscie.

 

najlepszy moment: THE DULL FLAME OF DESIRE (feat. Antony Hegarty)

ocena: 7,5/10

Leave a Reply