rageman.pl
Muzyka

Sting – …Nothing Like The Sun

NLTSrok wydania: 1987

wydawca: A&M

 

dziadek Sting wciaz w moim odtwarzaczu. cemuby wiec nie poswiecic mu kolejnej notki?

jedynie dwa lata minely od poprzedniej plyty opowiadajacej o niebieskich zolwiach, choc sluchajac NLTS ma sie zupelnie odmienne wrazenie. moze nie slychac dimatralnej roznicy, ale niesamowite, ze juz na drugiej plycie stal sie w pelni Stingiem, jakiego dzis znamy. czyli Stingiem elitarnym, jazzujacym w wersji smooth, slowem – elitarnie prynudajacym. choc robiacym to w bardzo dobrym stylu.

ocena tej plyty zalezy od tego, czego oczekujemy od artysty/zespolu, zwlascza takiego, ktorego znamy z dokonan pod innym szyldem. niektorzy oczekuja tego, by queens of the stone age bylo kyussem 2, sa tez tacy, ktory nie obraziliby sie na stinga grajacego solowo tak jak to czynil w the police. niestety (dla mnie), wybral inaczej. o ile debiut solowy choc jazzowo, a nie rockowo, to jednak zarl. na wysokosci NLTS chlopak jednak postanowil, ze bedzie tworzyl dla ludzi, ktorzy wola na koncercie posiedziec i napic sie herbaty niz browara. nawet jesli ten album zapowiada poniekad takie „cudenka” jak „brand new day” czy „sacred love”, to jednak album broni to, na czym niejednokrotnie pozniej sie sting wykladal – melodie. zwlaszcza ze sa one osadzone w bardzo roznorodnych kompozycjach. co ciekawe, zadna juz nie kojarzy sie tak usilnie z the police jak to bywalo na poprzedniej plycie. zakrawa na ironie wiec fakt, ze wlasnie na ta plyte sting zaprosil bylego kolege z policjantow – andy’ego summersa. mozna posluchac go w dwoch numerach otwierajacych album – „the lazarus heart” i „be still my beating heart”. zwlaszcza ten pierwszy urzeka, choc nie gitara, a pieknym saxofonowym motywem. no i jakas fajna dynamika jest w tym numerze, co juz pozniej nie bedzie na tej plycie oczywiste. skoro mowa o goscinnych udzialach gitarzystow, to w „they dance alone” mamy goscinne gitary samego erica claptona i marka knopflera. szkoda tylko ze prawie w ogole ich nie slychac… na dodatek, pomimo iz o waznej tematyce (sting znow politykuje, choc na tej plycie jakby mniej niz wczesniej), to strasznie nudny ten numer. zamykajac temat slynnych gitarzystow – znow mamy na albumie stinga cover. tym razem samego jimiego hendrixa – „little wing”. choc jest gitarowa soloweczk, to jednak pan sting zrobil rzecz po swojemu. nawet jak nie ma czego och-owac i ach-owa, to i tak szacuneczek.

co jeszcze? hity. po pierwsze – „englishman in new york”. rytmicznie jakby police’owate reggae, ale takie hmmm subtelniejsze. najlepszy na tej plycie saxofon i jeden z najlepszych refrenow stinga w jego karierze. na dodatek zaskakujaca wstawka w srodku z z pieprznieciem perkusji. troche jakby kommunikat „halo! nie spac! sluchac dalej mojej plyty!”. swoja droga, bardzo polecam przerobke tego numeru w wykonaniu Anal Art All Stars pod tytulem „jestem zulem”. klikaj tutaj by odsluchac. po drugie – „fragile”. balladowa bossa noba, stinga na gitarze, piekna melodia. kruchosc nad kruchosciami i wszystko kruchosc. a zaraz potem rzecz z zupelnie innej bajki „we’ll be together”. sting w wersji big bandowej i ultra popowej. i dobrze, bo rzecz swoja jajcarskoscia wrecz ewidentnie sie wyroznia tutaj. dodajmy jeszcze powtorke jazzu knajpianego typu „moon over…” w postaci „sister moon” i mozemy juz zamknac temat tej plyty.

jesli zaczac i skonczyc edukacje nt solowego stinga na jednej plycie, to mozecie, a wedlug niektorych nawet powinniscie siegnac wlasnie po ten album. ale jesli chcecie solowego i zajebistego stinga, nawet jesli nietypowego, to zdecydowanie jednak lepiej zakupic (no bo nie sciagnac, przeciez) „dream of the blue turtles”.

 

najlepszy moment: ENGLISHMAN IN NEW YORK

ocena: 8/10

Leave a Reply