rageman.pl
Muzyka

Steely Dan – Gaucho

rok wydania: 1980

wydawca: MCA

 

mowilismy o wszechobecnym Steve Gaddzie (?!) wczoraj. na ten przyklad wzial udzial w sesji do plyty pewnej legendarnej kapeli, ktora miala sie okazac ich ostatnia na dluuugie lata…

Steely Dan to chyba kolejny przypadek zespolu/wykonawcy, ktory w Stanach Zjednoczonych otoczony jest kultem, a poza granicami nie obchodzi psa z kulawa noga. slyszeliscie by ktos w Polsce mowil o nich, poza bardziej wtajemniczonymi osobami? mieli wkladke w „Teraz Rocku”? Kaczkowski polecal? no wlasnie chyba tak srednio. co jest przepotezna niesprawiedliwoscia. aczkolwiek na podstawie samego „Gaucho” mozna zrozumiec taki stan rzeczy.

bo jesli Steely Dan jest zespolem z zaslugami, to przede wszystkim za pogodzenie wyrafinowania godnego jazz nuty z pop przebojowoscia zapewniajacego im stala obecnosc na listach przebojow. cos jak Genesis czy Yes, tyle ze Donald Fagen, mastermind Steely Dan’a, to osobnik bardziej zapatrzony w Mingusa i Davisa niz Bacha czy Mozarta. i poczawszy od ’72 rok w rok uskuteczniali to polaczenie, az do „Aja”, spokojnie mogacego uchodzi za ich opus magnum. do tego tez czasu zespol z calkiem zwyczajnie funkcjonujacej konfiguracji kilkupersonalnej przeksztalcil sie w dwuosobowa spolke Fagen-Becker, za pomoca calej armii muzykow sesyjnych celujacych w studyjny perfekcjonizm. i do wspomnianej „Aji” dzialalo to wszystko calkiem sprawnie, czego najlepszym przykladem jest sama ta plyta. mozna powiedziec, ze jej „najlepszosc” troche przygniotla steelydanowy duet, przez co na nastepny efekt ich artystycznych poczynan przyszlo czekac 3 lata. 3 lata okupione nie tylko problemami natury artystycznej (innymi slowy – ostre „przeginanie paly” w dazeniu do muzycznej perfekcji, co w efekcie doprowadzilo do rozlamu w zespole), ale i okolomuzycznymi pokroju konflikt z wytwornia i perypetie z dragami. 3 lata, ktore w koncu zaowocowaly 7 piosenkami, niecalymi 40 minutami muzyki i lekkim rozczarowaniem.

rzecz w tym ze, byc moze wychodzac z zalozenia iz „Aja” wyczerpala na swoj sposob temat, panowie postabowili uderzyc z innej flaneli. mniej skomplikowanej strukturalnie (choc wciaz przecietny zjadacz radiowych hitow mogl miec problemy), bardziej zas hmmm slonecznej w nastroju. co w polaczeniu z perfekcyjnym, pozbawionej krzty brudu brzmieniem zaowocowalo muzyka, ktora przy pierwszym odsluchu mozna pomylic z Toto czy innym Chicago. co zdecydowanie nie jest komplementem, zwlaszcza jak na zespol gospodarujacy dotychczas kawalek jazzrockowej szufladki.

i daloby sie to wybaczyc, gdyby bronily sie melodie. niestety po calkiem niezlym poczatku dalej jest juz tylko gorzej. gdyby calosc reprezentowala poziom singlowego „Hey Nineteen” to nie tylko bysmy mowili o calkiem udanej restrukturyzacji brzmienia, ale i byc moze najlepszym dokonaniu zespolu. a tak… „Time Out Of Mind” intryguje za sprawa gitarowego udzialu Marka Knopflera. tyle ze jego popis potraktowano w mixie tak zdawkowo, ze na miejscu zainteresowanego bym sie obrazil na zespol. obrazil sie za to Keith Jarret, ktory w tracku tytulowym doszukal sie zapozyczenia z wlasnej kompozycji, przez co pozniej decyzja sadu zostal uwzgledniony jako wspolkompozytor piosenki. rada taka: jesli chcecie miec Jarreta w pamieci jako legende jazzu, ktorego zajebistosc nie pozwala kruszyc kopii o byle co – nie sluchajcie tej piosenki.

okej, niby i tutaj cel zostal osiagniety – statystyczny sluchacz Radia Zet (bo w Ameryce glownie w tego typu radiach SD gosci) sluchajac piosenek z „Gaucho” musi wysilic pare komorek mozgowych. ale dla tych, ktorzy zaczynaja przygode z tym zespolem i chca zrozumiec o co tyle szumu – nie zaczynajcie od „Gaucho”. choc predzej czy pozniej i do niej

 

najlepszy moment: HEY NINETEEN

ocena: 7/10

Leave a Reply