Paul Simon – Paul Simon’s Concert In The Park
rok wydania: 1991
wydawca: Warner
a o tym Panu to nie bylo tyle czasu na tym blogu, ze az wstyd.
pomowimy o wazniejszej polowie duetu Simon & Garfunkel w wersji koncertowej. jak jakis czas pisalismy, obaj panowie zreunionowali sie (nie po raz ostatni zreszta) na wielki koncert w nowojorskim Central Parku w ’81 roku. 10 lat pozniej Simon juz solowo wystapil w dokladnie tym samym miejscu dla jeszcze wiekszej ilosci ludzi: grajac z Garfunkelem ogladalo go pol miliona luda, na niego samego przyszlo blisko 750 tysiecy.
te liczby dobrze obrazuja, jak wazna instytucja w amerykanskiej Muzyce jest Paul Simon. moznaby nawet rzecz ze z Dylanem i Presley’em tworza swieta trojce amerykanskiej muzyki rozrywkowej. podczas gdy Wielka Brytania chelpila sie przed swiatem Wielkimi Kapelami – najpierw the beatles i the rolling stones, pozniej pink floyd czy tez led zeppelin – Stany Zjednoczone szukaly swoich reprezentantow w songwriterach. tych stojacych na barykadach, jak Dylan, jak i tych z sasiedztwa, dla ktorych najwiekszym problemem jest rozstanie z dziewczyna. taki opis moglby sugerowac, ze to Simon, z bardziej uniwersalna tematyka tekstow, moglby zostac doceniony w kaxej szerokosci geograficznej. a jednak nie – o ile istotnosc Dylana dostrzega sie takze i w Europie, tak Simon pozostaje symbolem typowo Amerykanskim. jesli juz ktos go dostrzega poza granicami kraju, to albo jako nudziarza idealnie trafiajacego w gusta mniej wybrednego sluchacza Trojki, ewentualnie jako „tego kolesia od piosenek w Absolwencie”.
zmierzam do tego, ze przyjecie SImona na tym koncercie, jako ow skarbu narodu, jest fe-no-me-nal-ne. nie, ale powaznie. wrzask, jaki ta publika wydaje – a wydaje go czesto – postrafi rozerwac glosniki. inna sprawa, ze najglosniej sie wydzieraja, kiedy w liryach piosenek Simona pada nazwa „New York” (egocentrycy, heh), ale mozna to wybaczyc. naprawde slychac, ze „gra swoj dla swoich”. ze jest miedzy artysta a publika taka wiez, jaka chyba ciezko byloby zrozumiec Polakom. moze conajwyzej w przypadku Niemena badz Kaczmarskiego, ale i to nie do konca jest to…. anyway, przy tak slyszalnej kapitalnej chemii na lini Simon-publika mozna nawet zapomniec, ze miedzy piosenkami glowny bohater nie wypowiada praktycznie ani slowa (moze na potrzeby CD zrobiono ciecia, nie wiem).
ale nie musi. bo o tym, ze chlopak chce wypasc jak najlepiej, swiadczy Muzyka. a wlasciwie to, co z tymi piosenkami zrobiono. i to w jakim towarzystwie. juz wczesniej Simon zdradzal sklonnosci do kooperowania z jazzmanami. nie inaczej jest tutaj: swietej pamieci Michael Brecker i Richard Tee, mlodziutki Chris Botti, wszedobylski Steve Gadd,a takze cala armia afrykanskich muzykow. oczywiscie w przypadku numerow chocby z „Graceland” wyzwaniem nie bylo to by te numery koncertowo wzbogacic w aranzach, ale by oddac ich studyjne bogactwo. i to sie udalo w 1000 procentach, najlepszy przyklad – 10minutowy „Diamonds On The Soles Of Her Shoes”. ale i sporo roboty panowie wlozyli tam, gdzie numery w oryginalnych wersjach byly ascetyczne. ba, nawet tego minimalizmu wymagaly. przyznam, ze przy pierwszym odsluchu pierwsze dzwieki „The Sound Of Silence” mnie rozczarowaly. jak mozna odbiec tak od oryginalu – zarowno w aranzacji jak i w kwestii prowadzenia wokalu? z kazda sekunda jednak bylo coraz lepiej, az w koncu chyba dochodze do wniosku, ze ta wersja – z absolutnie piekna partia gitary – jest lepsza od oryginalu nawet. czyli afera.
a wlasnie, repertuar. wlasciwie tu mamy do czynienia z negatywem „The Concert In Central Park”. tam do setu przebojow duety Simon probowal wcisnac pare swoich solowych dokonan. tutaj juz mamy do czynienia z zupelnie innymi okolicznosciami. wszak takie „You Can Call Me Al”, „Graceland” czy „Me And Julio Down By The Schoolyard” to juz klasyki rowne tym, jakie Simon skomponowal w latach 60tych. wiec choc sa wspomniane „The Sound Of Silence”, „America” czy „The Boxer”, to juz Pani Robinson sie nie zalapala, co 10 lat temu byloby nie do pomyslenia dla fana Simona. zreszta, moze i lepiej ze tak wybiorczo potraktowal repertuar z poczatku kariery – taki „Bridge Over Troubled Water” jest niemal wtopa w tym 2gozinnym koncercie. rola Garfunkela w S&G byla bardzo mocno dyskusyjna, ale oddajmy mu jedno – jego intepretacja tej piosenki byla na tyle wybitna, ze jakakolwiek inna wersja jest skazana na porazke.
o, na taki koncert to ja bym poszedl, a nie jakies ac/dc czy inna metallike na bemowie. pffff.
najlepszy moment: THE SOUND OF SILENCE
ocena: 8,5/10