rageman.pl
Muzyka

Steely Dan – Everything Must Go

rok wydania: 2003

wydawca: Reprise

 

jak pisalismy wczoraj, praca nad „Gaucho” okazala sie tak wyniszczajaca, ze w latach 80tych Steely Dan oficjalnie nie istnial. dopiero w okolicach ’93 panowie Fagen i Becker postanowili odnowic wspolprace. ale na studyjnego nastepnce „Gaucho” trzeba bylo poczekac az do, bagatela, 2000 roku.

przyjecie „Two Against Nature”, jak to w przypadku kazdego niemalze comebacku, bylo roznorakie. branza docenila i podczas rozdan grammy obwolala wydawnictwo Albumem Roku, publika uwielbila i wywindowala do Top10 Billboardu, ale krytyka muzyczna byla cokolwiek podzielona w opinii. co o tyle musialo zabolec, gdyz wczesniej to wlasnie gadajace glowy przekonywaly gawiedz o istotnosci Steely Dan’a.

z wydanym trzy lata pozniej „Everything Must Go”, pozostajacym do dzis ostatnim wydawnictwem Dana, sprawa ma sie „prosciej”. czyli nie bylo ani nagrod, ani zachwytu publiki, ani dobrych recenzji w prasie. nie to by reakcja byla skrajnie negatywna. po prostu byla Nijaka. swiat jakby olal nowa plyte duetu.

i w sumie trudno sie dziwic. ta plyta naprawde sprawia wrazenie, jakby panom Fagen i Beckerowi sie zwyczajnie nie chcialo. zawsze byli Cool, zawsze spoko dzieciak. ale na tej plycie to z oziebloscia juz przesadzili.

a paradoksalnie pod wieloma wzgledami jest to lepsza plyta od „Gaucho”. przede wszystkim nie ma juz tego nieprzyzwoicie przyzwoitego brzmienia, antycypujacego sound lat 80tych. slychac ze praca w studiu zajela znacznie mniej czasu, calosc w odbiorze jest przystepniejsza, a momentami brzmi ta plyta wrecz koncertowo (choc znow panowie wynajeli sztab muzykow sesyjnych, to ma sie wrazenie typowo zespolowego grania). a ze pozostal souljazzowy groove, to „EMG” moze spokojnie sprawdzic sie jako starter w przygodzie z muzyka Steely Dana.

tylko co z tego skoro, jak juz sie rzeklo, ta plyta najzwyczajniej w swiecie nie rusza, pozostawia obojetnym? choc w tej obojetnosci da sie jednak znalezc dwa momentalnie zachwycajace momenty. przede wszystkim „Slang Of Ages”, po raz pierwszy w historii zespolu numer zaspiewany przez Beckera. i czyni to nad wyraz sprawnie, a jak jeszcze w cudnie chillujacym refrenie towarzyszy mu zenski chorek, to blogostan siega zenitu. refren „Pixeleen” to tez fragment, ktory bylby w stanie wymyslic tylko ten zespol. a takze rzesza popowcow z gitarami (think Muchy rather than Feel), ktorzy czerpia garsciami ze Steely Dana, nawet jesli nie zdaja sobie z tego sprawy.

2 numery na 9 to jednak za malo, by na pytanie, czy ten album – jak i powrot Steely Dana in general – odpowiedziec zdecydowanie twierdzaco.

 

najlepszy moment: SLANG OF AGES

ocena: 7/10

Leave a Reply