Donald Fagen – The Nightfly
rok wydania: 1982
wydawca: Warner
okej, wracamy do SteelyDanowego obozu. tym razem zajmiemy sie solowym Fagenem.
wydaje mi sie, ze jego debiut z ’82 roku raczej malo kogo zaskoczyl. moze szczypte wiecej tu jazzu, ale generalnie jest to plyta dokladnie taka, jakiej mozna bylo sie spodziewac po spiritus movens zespolu Steely Dan. ale co wazne – jest to zdecydowanie lepsze oblicze tdakiego grania niz to, co Fagen zaprezentowal z Beckerem na „Gaucho”.
przede wszystkim, pomimo iz znow produkuje Gary Katz, ta perfekcyjna, audiofilska produkcja nie razi. moze dlatego, ze opakowuje ona wreszcie przyzwoite numery. numery zachwycajace roznorodnoscia i jednoczesnie spojnym, jakby sentymentalnym klimatem. czego tu nie ma: Karaiby, swing, piosenki pisane niemal pod Wondera i Charles’a, jazz, harmonie wokalne rodem z winyli Twojej Starej. sztab muzykow – od sekcji detej, poprzez Marcusa Millera, az na niezawodnym Jeffie Porcaro konczac. nie przeszkadza takze to, ze i tutaj niespecjalnie Fagen sie nameczyl, jesli chodzi o ilosc muzyki. ale w tym przypadku te 38 minut muzyki wydaja sie najoptymalniejsza opcja, perfekcyjnie wyczerpujaca temat.
i, co najwazniejsze, nie przeszkadza znow to, ze trafil sie tu wlasciwie jeden przeboj pelna geba. ale jaki! otwierajacy „I.G.Y.” to jest aranzacyjno-melodyjny majstersztyk, ktory MUSI docenic kazdy kto kibicuje dobrym pop-trackom. pozniej juz takich hookow nie ma, ale dzieki przepysznym aranzacjom w kazdej chwili jest na czym zawiesic ucho.
coz, ta plyta najdobitniej udowadnia, ze w kwestii karier solowych muzykow Steely Dan’a zwyciezca okazal sie Fagen. a „Nightfly” to strzal/gol/cios, po ktorym Becker raczej nie mial prawa sie podniesc. BTW wiecie ze ten album poleca Watykan?
najlepszy moment: I.G.Y.
ocena: 8/10