rageman.pl
Muzyka

Soundgarden – Superunknown

rok wydania: 1994

wydawca: A&M

 

no i dobra, domykamy temat Soundgarden.

„Superunknown” czy „Badmotorfinger”? jak juz wspominalismy, jest sporo osob, ktore wlasna klata beda bronic tego drugiego albumu jako najzajebistszego w dyskografii kwartetu z Seattle. prawda jednak jest taka, ze od groma argumentow przemawia jednak za jego nastepca. liczby (pieciokrotna platyna), tzw fachowe opinie (z obecnoscia na Rolling Stone’sowej liscie „500 najlepszych krazkow ever” jako wisienka na torcie), uznanie branzy (dwie nagrody grammy plus nominacje), obecnosc w mediach (5 singli, wszystkie obecne na dluzej w MTV, w tym ten najwazniejszy, wiadomo ktory)… to sa jednak kwestie okolomuzyczne, ktore w innych okolicznosciach najczesciej o niczym nie swiadcza. najbardziej istotne jest to, ze Muzyka jest tu zwyczajnie lepsza. i choc to kwestia gustu, to jednak statystyka na profil Soundgarden na last.fm, ze sluchacze zdecydowanie najbardziej lubia sluchac kawalkow z „Superunknown” wlasnie. a to juz akurat moze o czyms swiadczyc.

a juz tak subiektywniej: Soundgarden tutaj opanowiali sztuke pisania Piosenek do perfekcji. nie czadow, nie napierdalatorow dzwiekowych, a Piosenek. z melodiami wpadajacymi w ucho, z emocjami poruszajacymi wnetrznosciami, a nie tylko glowa i biodrami, z tekstami ktore nie tylko sprawdzja sie nie tylko jako statut na gg, ale i jako material do glebszej analizy. jestem daleki od dissowania metalu, ale w tym przypadku naprawde transfer z metalu do rocka alternatywnego mozna rozpatrywac jako progres.

przede wszystkim- wreszcie slychac te milosc Cornella do The Beatles, ktora jakos nigdy wczesniej nie mogla sie w jego piosenkach objawic, przycmiewana przez black sabbathowe zapedy instrumentalistow. wezmy sztandarowy przyklad, slynny „Black Hole Sun”. to przeciez czysty pozny Lennon, tyle ze napedzany nie kwasem a depresja. wreszcie mozna sie delektowac najlepszym wokalem z calej grunge’owej czworki – juz nie tylko Plantowe pianie, ale i emanujacy dojrzaloscia, szlachetny, momentami troche Buckley’owy Spiew.i chociaz ten utwor ma jakis lekko przymulajacy wplyw na moj organizm (chyba za sprawa pamietnego teledysku, ktorym MTV ostro ryl psychike w czasach mego poznego dziecinstwa), to jednak nie da sie o nim pisac inaczej niz z spora doza naboznosci.

najgenialniejsze w tej plycie jest to, ze wszystkie te nowinki, innowacje nie pociagnely za sobia jakichkolwiek strat w tym, co charakteryzowalo Soundgarden wczesniej i stanowilo o sednie jego muzycznego bytu. nawet jesli caloc jest stukrotnie bardziej przystepna, to wciaz muzykolodzy maja co rozkminiac w kwestii podzialow rytmicznych, nietypowych strojen, aranzacyjnych smaczkow (nie tylko ich wiecej, ale i jakos logiczniej sie wkomponowuja w utwory niz oslawione deciaki na Badmotorfinger). Thayil, choc jako kompozytor mial coraz mniej do powiedzenia, jako gitarzysta wciaz ma tu uzywanie. jesli panowie zwalniaja tempa, to nie tylko dla przeslicznych ballad („Fell On Black Days”!!), ale i dla walcow godnych najbardziej posepnych doomiarzy („4th of july”). jesli zdarza sie zagrac prosciej, punkowo, to nie tylko w kalifornijsko przystepny sposob („My Wave”), ale i Mudhoney’owy („Kickstand”). dolozmy do tego orientalizmy w, znow, Beatlesowskim klimacie („Head down”, „Half” – co ciekawe, oba popelnione przez Shepherda – moze reprezentowal on w Soundgarden frakcje Harrisonowa?), metalowy wygrzew z solowka na lyzkach („Spoonman” oczywiscie) i wychodzi nam Plyta Kompletna. dodatkowo, nie odmawiajac nic geniuszowi Terry Date’a, wymiana jego sterylnej produkcji na Beinhorna pomogla uzyskac sound zdecydowanie bardziej organiczny, taki ktory czyni z Muzyki niemal zywa istote, a z calej plyty – wciagajaca jak bagno opowiesc. uwielbiam.

encyklopedyczny przyklad na to, z jak zajebistym artystycznie efektem mozna zaprzedac dusze komercji.

 

najlepszy moment: FELL ON BLACK DAYS

ocena: 8,5/10

Leave a Reply