rageman.pl
Muzyka

Soundgarden – Screaming Life/Fopp

rok wydania: 1990

wydawca: Sub Pop

 

zanim zaczniemy: zmarl Maurice Jarre. ten od soundtrackow i ojcowania Jean Michel Jarre’owi. wiec swieczuszki, RIPy i takie tam. a teraz konkrety.

jak wiadomo, zanim Chris Cornell zaczal sie wyglupiac w nowym wieku, przez dwie poprzednie dekady szefowal jednej z wazniejszych formacji lat 90tych, nalezacej do „Wielkiej Czworki Grunge’u”. Soundgarden, psze panstwa.

chociaz Soundgarden mial swe momenty komercjnej chwaly, zwlaszcza po wydaniu „Superunknown” z singlowym „Black Hole Sun”, to jednak przy wymienianiu najwazniejszych grungeowych kapel zawsze bedzie „ta trzecia” czy nawet czwarta w kolejnosci kapela – po Nirvanie i Pearl Jam. a przeciez tak na dobra sprawe to wlasnie oni przecierali na swoj sposob szlaki. z calej czworki to oni najwczesniej zaczeli grac no i przede wszystkim jako pierwsi podpisali deal z majorsem. ale zanim to drugie wydarzenie nastapilo nastapilo, zaliczyli nagrywanie dla mekki „brzmienia Seattle”, czyli Sub Popu. tam wydali swe pierwsze dwie Epki, kolejno w ’87 i ’88, ktore w ’90 roku wydano w formie splitu.

nie ma co ukrywac – brzmi to wszystko dosc rahitycznie. tak jesli chodzi o rejestracje jak i, choc w mniejszym stopniu, sam songwriting. dokladnie slychac, kiedy panowie podkrecaja wzmacniacze, sample (jak gadanina kaznodziei w „Hand Of God”) zapewne byly puszczane w trakcie grania. o nagrywaniu na setke oczywiscie nie trzeba wspominac. ale co z tego wynika? no wlasnie nic. bo kto by zwracal uwage na takie drobiazgi, kiedy przez pol godziny lezy powalony energia przelewajaca sie z tej muzyki. okreslenia takie jak energia, szalenstwo, zywiol pojawiaja sie w reckach wydawnictw rockowych az przesadnie czesto, ale to naprawde pierwsze pojecia jakie przychodza na mysl przy sluchaniu tych EPek (o ile jestesmy w tym czasie w stanie myslec o czymkolwiek). nie zdziwilbym sie, gdyby w jakiejs biografii Soungarden (no wlasnie – czemu takowje wciaz nie ma?) okazalo sie, ze przy nagrywaniu tych numerow muzycy rozwalili gitary, jakis wzmacniacz eksplodowal, palker polamal blachy (jesli dodamy, ze gra tu Matt Cameron, to rzecz staje sie jeszcze bardziej prawdopodobna)…

najbardziej hmmm perspektywicznym kawalkiem z tego cedeka jest na pewno posepny, psychodelizujacy „Nothing To Say”. taki Soundgarden bedzie rzadzic na przyszlych wydawnictwach. dzieki takim numerom ekipa Cornella bedzie okreslana jako ta najbajrdziej metalowa ze sceny Seattle. jako ta, w ktorej wplywy Black Sabbath na grunge bedzie najbardziej widoczny. choc moznaby dorzucic tez pare innych nazw. „Tears To Forget”, chyba do dzisiaj najbarziej dziki numer tego zespolu (zwlaszcza w kwestii wokalnej – OMFG, co tu Krzychu wyprawia!), moglby bezproblemowo zasilic repertuar Motorhead. przypuszczam ze ze wzgledu na gorkowe zapedy w glosie Cornella mogly tez w tym czasie, gdy probowano okreslic zjawisko zwane Soundgardenem, padac takie nazwy jak Led Zeppelin czy Whitesnake. choc jesli chodzi o same dzwieki, to zdecydowanie blizej bylo zalodze Rberta Planta.

ale to jesli chodzi o „Screaming Life”. bo „Fopp” to dosyc specyficzne wydawnictwo. ktore sprawia wrazenie starszego niz „SL”. jeszcze gorsze brzmienie. no i tylko 4 utwory, z czego autorski jest tylko „Kingdome of Come”. bo dalej mamy „Swallow My Pride” z repertuaru Green River, brzmiacy dosyc Mudhoney’owo (co dziwic nie powinno, zwazywszy na sklad osobowy GR i Mudhoney). no i „Fopp” niejakich Ohio Players, mocno przesiakniety funkiem (deciaki!!!!). zeby bylo weselej, ten ostatni dostajemy tez w remixie… dubowym. purysci (tak grandzowi, jak i dubowi) dostaja zawalu.

mozna powiedziec, ze taka mnogosc nazw i stylistyk moglaby swiadczyc o wszechstronnosci. sprawiedliwiej byloby jednak powiedziec, ze te EPki to bardziej swiadectwo poszukiwania wlasnego stylu. co nie zmienia faktu, ze nie mam watpliwosci, ze juz na tej wysokosci slychac kapitalny zespol.

a, i jeszcze cos. przy tym calym namecheckingu, z dominacja kapel metalowych, warto byloby dorzucic jedna nazwe. Sonic Youth. slychac w tych nagraniach pewna noisowosc, sympatie dla klujacych w uko dzwiekow. nie mowiac juz o tym, ze sporo tu ducha punkowej bezkompromisowosci bliskiej nowojorczykom. co moze swiadczyc, ze pomimo iz kazdy zespol z Seattle wypracowal swoj styl, to byl pewien wspolny pierwiastek w ich graniu, dzieki ktoremu mozna bylo postawic obok siebie tak teoretycznie rozne kapele jak Soundarden i Nirvana. byc moze ten pierwiastek ma wlasna nazwe. na G.

 

najlepszy moment: NOTHING TO SAY

ocena: 7/10

Leave a Reply