rageman.pl
Muzyka

Chris Cornell – Euphoria Morning

rok wydania: 1999

wydawca: A&M

 

zostajemy w tym samym kregu towarzyskim. bo przeciez Alain Johaness, ktory jest jednym z regularnych wspolpracownikow Queens Of The Stone Age, znacznie przyczynil sie do powstania pierwszej solowki Cornella – jako producent, muzyk, a i tez w znacznej czesci materialu jako kompozytor. podobnie zreszta jak jego partnerka zyciowa, niezyjaca juz niestety Natasha Shneider (poleci seksizmem, ale dekolt jakim raczyla uczestnikow koncertu QOTSA w Warszawie ’05 jest nie do zapomnienia, prawda Lehu?). ale powodow do takiej a nie innej notki jest jeszcze pare. przede wszystkim to plyta „uzytkowa”, sprawdzajaca sie najlepiej w „zerostanach”. mieszanina dolka psychicznego, wkurwa i poczucia bezsilnosci. opis dzisiejszego dnia jak znalazl, wiec witaj Euforyczny Poranku. no i, last but not least, musze odreagowac traume, jaka wywolalo zapoznanie sie z nowymi, Timbaland-produced piosenkami Krzyska (timbo, cornell – why?? for money??).cofnijmy sie wiec w czasie o rowne 10 lat. do czasu, kiedy moze nie tworzyl wybitnych piosenek. ale przynajmniej byly jak najbardziej „jego”. trudno orzec, czemu ta plyta jest tak zdolowana. rozpad Soundgarden? ale przeciez to byla w duzej mierze decyzja Cornella. poza tym wtedy jeszcze nie wiedzial, jak niefajnie potoczy mu sie post-soundgardenowa kariera. smierc kumpla, Jeffa Buckley’a? o, to juz blizej. zreszta, „Wave Goodbye” jest dedykowana temu tworcy. paradoksalnie, numer brzmi w tym zestawie jakby najoptymistyczniej. jest w nim jakas nadzieja. czego nie da sie powiedziec o reszcie piosenek. gdyby najkrocej opisywac ten album, to powiedzialbym, ze to „Fell On Black Days” razy 13. to jesli chodzi o klimat. bo brzmieniowo to wrec oczywiste nastepstwo finalnego dokonania zespolu Krzycha „Down On The Upside”. czyl pierwiastek metalowy zupelnie juz wyparowal. jesli gdzies pojawiaja sie reminiscencje hardrocka, to przede wszystkim Led Zeppelin. pozniejszego, z orientalizujacymi gitarami Page’a. tak elektrycznymi, jak i akustycznymi. bo te drugie wydaja sie t byc w silnej przewadze. przypuszczam zreszta, ze wszystkie te numery powstaly wlasnie na akustykach, gdzies w domowych pieleszach Cornella (zreszta „Sweet Euphoria”, jak widnieje w booklecie, to rzecz „recorded at home”). dopiero pozniej urozmaicono znacznie je w studiu, przy udziale wspomnianej wczesniej pary. i gromady perkusistow, z ktorej najbardziej zwracaja uwage nazwiska Billa Rieflina (ex-Ministry, R.E.M.), bylego kompana z Soundgarden Matta Camerona i wszechobecnego Josha Freese’a. a same piosenki? pamietam ze kiedy nieodzalowany Atomic TV katowal klip do „Preaching The End Of The World”, zawsze wylaczalem telewizor. zawsze. strasznie dolujaca rzecz, choc odrobine lepiej wypada sluchana wraz z innymi trackami z EM. znacznie lepiej wypada inny singiel, najdynamiczniejszy tutaj „Can’t Change Me”. Krzychu doklada leciutko do pieca jeszcze w „Mission”. bo reszta to inna bajka. „When I’m Down” traci knajpiana ballada. dolozona na bonus francuskojezyczna wersja „Can’t Change Me” rowniez muzycznie przywoluje w glowie obrazki Paryza (ah ten akordeon). ale da sie tez znalezc w paru trackach ten charakterystyczny, soundgardenowy klimat rodem z „Burden In My Hand” czy nawet „Black Hole Son” – „Pillow Of Your Bones”, „Disappearing One” czy cudny „Steel Rain” (co za final!). no i jeszcze singlowy „Flutter Girl”, ktory zreszta powstal w czasie „Superunknown”. piekielnie rowny material, w ktorym ciezko cokolwiek wyroznic. mozna sie spotkac z opinia, ze Cornell to totalny narcyz, zakochany w sobie i przede wszystkim swym glosie. coz, gdybym tak spiewal jak tworca tej plyty to bym nawet sie masturbowal z mysla o swym wokalu. co wazne jednak, wydaje mi sie ze nawet jesli te piosenki sa „pod” jego glos, to na wysokosci „EM” pamietal jeszcze o tym, by te piosenki byly jeszcze przekonujace. i nawet jesli „EM” nie jest w zaden sposob dzielem wybitnym, to zyskuje w czasie. a konkretniej – wraz z kazda plyta podpisana nazwiskiem Cornella. szkoda mi strasznie tego typa.

 

najlepszy moment: STEEL RAIN

ocena: 7,5/10

Leave a Reply