Soundgarden – Down On The Upside
rok wydania: 1996
wydawca: A&M
wracamy do Ogrodu Dzwieku. Dzwiecznego Ogrodu?
kiedy chodzilem w wieku podstawowkowym na dodatkowy angielski (BEST was the best, prawda Mazepko?), to mialem w grupie fana Soungarden. nie, maniaka wrecz. takiego co non stop nawijal o ekipie Cornella, mial koszulki, naszywki itepe itede. w jakims tam stopniu zakumplowalem sie z nim, a ze bylem znacznie mlodszy, to w gadkach ze mna przyjal moralizatorski ton. tym bardziej ze ja w tym czasie (okolice ’96 roku) wprawdzie odkrywalem juz ratm, blenders czy faith no more, ale jeszcze wciaz nie do konca opuscilem kraine beztroskich dzwiekow spod znaku ace of base czy liroy’a. i wiele z tych nauk mego niedoszlego Mistrza zapomnialem, ale dwie utkwily mi w glowie: 1. Sweet Noise to najwieksze gowno polskiej sceny rockmetalowej 2. „Down On The Upside” to najlepsza plyta Soundgarden.
i co sie okazalo? ze mial racje! bo Sweet Noise rzeczywiscie jest najprawdopodobniej strasznym gownem (przynajmniej ostatnimi czasy). a „DOTU” jest rzeczywiscie chyba najlepsza plyta ekipy Cornella. i nawet jesli moj bestowy kolega wyglaszal zapewne opinie o finalnym krazku Soundgarden dosyc „na goraco”, kiedy jeszcze nie opadla wrzawa po jego wydaniu, to 13 lat pozniej ta opinia nabrala na sile. nie chce dyskredytowac „Badmotorfinger” ani „Superunknown”. ale dla mnie „DOTU” to wlasnie TEN krazek, ktory brzmi wciaz najbardziej swiezo z wszystkich dokonan Soundgarden. i wcale nie dlatego, ze zostal wydany najpozniej.
bo jesli ktos pokochal zespol Cornella nie za „czad”, a za klimat jakim emanuja piosenki tego kwartetu,to nie moze nie uwielbiac „DOTU”. bo tutaj jest jeszcze wiecej tej „oleistej” atmosfery, podskornej nerwowosci, duchoty – wszystkich tych elementow, ktore tak genialnie korespondowaly z tymi skojarzeniami wywolywanymi przez klip do „Black Hole Sun”. rozleniwienie do potegi, slonce prazy niemilosiernie, siekiera w powietrzu az chce sie wymiotowac, a jednak perwersyjnie to wszystko pociagajace. podobny troche klimat wywoluje deftones, choc obie kapele dochodza do tego innymi srodkami. no i sorry fani deftones, ale tez z innym skutkiem.
przede wszstkim ta plyta jawi mi sie obecnie jako najdojrzalsza z repertuaru Soundgarden. aranzacyjnie, songwritersko, wykonawcza. co rusz zaskakuja nas jakims pianinem czy innym moogiem. i nie sa to tylko jakies „smaczki”, a wiodace instrumenty w piosenkach. jak np mandolina (!!) w „Ty Cobb”. oczywiscie moznaby zarzucic jakimis nazwami dla porownania. riff w „Rhinosaur” ma cos z Black Sabbath. zwrotki „Dusty” przywoluja na mysl rockowe Poludnie. podobnie zreszta jak cudny „Burden In My Hand”. ale na tej wysokosci nie ma co sie wyglupiac – tu juz mowimy o zespole z wlasnym, unikalnym stylem. choc jednak przy odsluchu dwie nazwy wciaz paletaja sie w glowie. Led Zeppelin i The Beatles. choc nie chodzi nawet o konkretne fragmenty piosenek, choc „Overfloater” ewidentnie (przynajmniej jak dla mnie) traci No Quarter’em. chodzi o kapitalna symbioze gitar elektrycznych i akustycznych, godna tego co wyprawial „pozniejszy” Led Zep. najlepszy przyklad – sliczniuchne „Zero Chance”. a co do drugiej wymienionej nazwy, to raczej tez zaskoczenia nie ma. bylo tylko kwestia czasu, kiedy to deklarowane w wywiadach uwielbienie dla ekip z Liverpoolu przelozy sie na dzwieki. no i prosze, sypnelo jak z rekawa. i zdaje mi sie, ze Krzychu preferuje Lennonowska frakcje w Fab Four. zwrotki w „Blow Up The Outside” to ewidentny John.
no dobra, a cos dla fanow lubiacych sie wyladowac przy „Spoonmanie” czy „Jesus Christ Pose”? niewiele tego. owszem, sa dynamiczne numery jak „never named” czy „no attention”, ale to raczej punkujace sprawy. chyba tylko „never the machine forever” mozna okreslic mianem „czadowego”. to zreszta jedyny track napisany przez gitarzyste Kima Thayila. to zreszta tez rozni troche „DOTA” od poprzednikow, ze tym razem panowie zamiast tworzyc piosenki wspolnie przynosili do studia gotowe tracki. najwiecej dorzucil do programu plyty Cornell, coraz bardziej odchodzacy od metalizujacych klimatow, przez co plyta brzmi tak a nie inaczej i co bylo zreszta zrodlem konfliktu z Thayilem. aha, i jeszcze jedno – plyta brzmi znacznie surowiej od poprzednikow, kojarzy sie brzmieniowo z tym co osiagnal Pearl Jam na „Riot Act”. rzut okiem na creditsy – Adam Kasper. aha, wsio jasne.
swietna plyta, z ktorej ciezko mi wybrac ewidentnie najlepszy fragment. „Zero Chance”? singlowe „Blow Up The Outside” badz „Burden In My Hand”? „An Unkind” z przecudnie zwiewnym refrenem? fakin szit, no nie mam pojecia. owszem, pare rzeczy moznaby stad wyrzucic, bo 16 piosenek to sporo, ale goddammit – ta plyta jest kapitalna i tak w tej postaci, jaka znamy! ile bym dal, aby ta nedzna podroba Alice In Chains podroujaca po swiecie przepadla w piekielnych czelusciach i zamiast tego powrocil Soundgarden z wszystkimi, wciaz zyjacymi czlonkami. to nie jest takie niemozliwe – ostatnio swiat obiegla wiadomosc, ze Thayil, Sheperd i Camoron wystapili na jednym koncercie. problem w tym, ze zdecydowanie wolalbym by powrocil Soundgarden brzmiacy tak jak na „DOTU”. o co moze byc trudno, bo to prawie ze autorskie brzmienie Cornella. ale nawet jesli pozostala trojka dalaby sie przekonac do takiego soundu, to pozostaje jeszcze uswiadomic Krzyska, ze kiepsko wypada w skorze rockowego Justina Timberlake’a…
najlepszy moment: BURDEN IN MY HAND / ZERO CHANCE / AN UNKIND (no nie moge sie zdecydowac)
ocena: 9/10