rageman.pl
Muzyka

Deicide – The Stench Of Redemption

rok wydania: 2006

wydawca: Earache

 

no, czas znow na jakis wyziew prosto z piekla, bez posrednikow. DEJSAAAAJD! tak to sie wymawia?

tym razem z ekipa naczelnego antagonisty chrzescijanstwa, zwanego Glenem Bentonem , spotykamy sie w ciut innych okolicznosciach. juz nie Roadrunner, a mniejsza, choc rownie kultowa wytwornia Earache. na gitarach zamiast braci Hoffmanow dosyc znane jednostki – Ralph Santolla (m.in. Vital Remains) i Jack Owen (ex-Cannibal Corpse, w liner notes pozdrawiajacy Vadera i RIPujacy Doca – mile). rowniez jesli chodzi o podzial rol jest inaczej – zamiast zbiorowego autorstwa dokladnie zaznaczone jest, ze za cala muzyke odpowiada perkusista Steve Ashaim, a za teksty oczywiscie Benton. czy przez te wszystkie szczegoly czyms ta plyta sie wyroznia? nie bardzo. no ale kto by tam rozronial death metalowe plyty, nie mowiac juz o samych piosenkach.

nie no, ale powaznie. na pewno plusem tej plyty jest gitarowa robota nowych nabytkow bandu. nie jestem fanem solowek, ale to co wyczyniaja tu panowie naprawde ladnie sie wtapia w calosc. a to co wyprawiaja w ostatnim „The Lord’s Sedition” (intro!) to juz zasluguje na szczery szacun. no, i na tym koniec plusow.

przypominam sobie entuzjastyczne recenzje tej plyty w prasie i sluchajac teraz omawianego tam albumu stwierdzam z niedowierzaniem – WHAT THE FUCK? czy juz „metalowej braci” (jak ja uwielbiam to stwierdzenie) przyslowiowy slon doszczetnie zmiazdzyl aparat sluchowy?

wiecie, ja rozumiem, ze muzyka dla kazdego moze co innego znaczyc i dla kazdego spelniac inna role w zyciu. u mnie zreszta tez przeroznie bywa. w innych, czasem zupelnie roznych, celach slucham dire straits, dead prez, dillinger escape plan, roni size’a czy korna. lubie czasem odprezyc sie przy muzyce, przy innej pomachac glowa, a jeszcze kiedy indziej ruszyc tym, co jest w glowie. mozgiem, czy jak to tam sie zwie. i okej, jestem w stanie sie zgodzic, ze „TSOR” jako soniczny strzal prosto w morde sprawdza sie w 100 procentach. cale szczescie ze to tylko pol godziny, by jeszcze chwila a trzeba byloby karetke po mnie wzywac.

i co w zwiazku z tym? nic. o ile odsluch DEP czy nawet napalm death potrafi taki swoja muzyka wywolac silne obrazenia wewnetrzne, tak „TSOR” z kazdym kolejnym odsluchem ma coraz mniejsza sile razenia i z czasem sie przekonujemy, ze jest rownie grozny co Andrzej Lepper. pustka intelektualna, belkot wrecz. okej, jest pare momentow (poza wspomnianymi solowkami) instrumentalnych, ktore zestawione z praca gitar kojarza mi sie z meshuggah, kiedy odzywa sie we mnie metalowy zwierz. RRRROOOOOAAARRRGGHHHH. i takie tam. ale wchodzi nagle benton ze swoja ekspresja wokalna podpatrzona u Ciasteczkowego Potwora i chuj bombki strzelil. a juz doszczetnie je rozstrzaskuje dodatkowy blackowy skrzek. a wszystkim tym wokalom towarzyszy dokladnie to samo tempo. zero zmian dynamiki, kombinacji w aranzacjach, nic. smieszna sprawa – „In Torment In Hell”, ktory mial byc rzekomo swiadomie chujowo spreparowana plyta w celu wiywiazania sie z kontraktu wydal mi sie o wiele ciekawszy i bardziej urozmaicony, nawet jesli ciut gorzej brzmiacy.

jesli „TSOR” ma byc powrotem w chwale do Prawdziwego Death Metalu, to sorry. wole ten zniewiescialy, pizdowaty, zmutowany Death Metal, w ktorym jest wiecej Muzyki w muzyce. i do ktorego moge nawet z przyjemnoscia wracac. a „TSOR” bede puszczal sobie wtedy, kiedy bede mial czkawke

 

najlepszy moment: THE LORD’S SEDITION

ocena: 6/10 

Leave a Reply