rageman.pl
Muzyka

Soulfly

gdzie: Studio, Kraków

kto: Soulfly, Hunter

no i i znow bedzie gruba notka. bo znow byl gruby koncert 😀 wiec od poczatku:

jak zapowiadalem, pojechalem se na tydzien do krakowa. pojechalem se z weronika, rafikusem, ciotka, kowalem i swierszczem. krakow jaki jest kazdy wie. trzeba powalczyc, by nie zostawic tam serca. ale i tak punk kulminacyjny wycieczki nastapil w czwartek. najpierw – ustawka z evelina. jedziemy na miejsce wydarzen czyli do miejscowy o nazwie Studio. Studio z zewnatrz ywglada paskudnie. mieszanina brzydoty prl’u z estetyka slaska. na szczescie w srodku jest o wiele lepiej. choc w sumie zdziwienie mnie ogarnia… wielkosc klubu w klimatach Ucho / Parlament. wiec dlaczego nie moznaby ich w koncu sciagnac do wojewodztwa pomorskiego?… gdy wpadamy do srodka okolo 19.30, juz gra pierwszy poslki support – zespol Mech. tym samym zalapujemy sie na ostatni numer… okazuje sie ze zaczeli grac rowno z godzina podana na bilecie, czyli 19.00. z jednej strony gratuluje takiej punktualnosci, a z drugiej… jednak wychodze z zalozenia ze 15-20 minutowa obsuwa nikomu z juz obecnych w klubie nie zaszkodzi, a dopiero przybywajacym moze uratowac wieczor. trzeba bedzie sprawdzic wiec Mech na jakims innym koncercie. bo choc graja klasycznie heavymetalowo, a wokal troche sie ozzym kojarzyl, to nie odrzucalo to jakos. chwila przerwy technicznej, mozna napic sie piwka, pogadac i rozejrzec sie po klubie. tak jak wspomnialem, klub niespecjalnie wielki. parkiej wymiarow troche wiekszych niz ten np w Zaku. ze sceny mozna bylo dostrzec drzwi wejsciowe. tyle ze jeszcze balkon jest. tutaj z kolei najwiecej luda sie upchnelo. tak ze ludki na parkiecie rozrzedzone. ciezko powiedziec o liczebnosci. ale tysiaka to nie wiem czy bylo. w sumie szkoda. bo okazuje sie, ze soulfly to juz nie Wydarzenie na miare queens of the stone age. no ale jak zespol przyjezdza do polski po raz szosty i gra od razu dwa koncerty, to frekwencja moze nie dziwic. a trza jeszcze uwzglednic mnogosc koncertow ostatnimi czasy. chociaz… chcialbym aby wizyta kazdego zespolu w polsce byla czyms normalnym. bysmy byli uwzgledniani przy kazdej trasie koncertowej zespolow. tak juz najwyrazniej jest w przypadku Soulfly, za co chwala im. wracajac do publiki… oczywiscie dominuje wybitnie metalowa brac. w koszulkach soulfly/sepultura oczywiscie (choc tym razem dominuja koszulki soulfly, a nie sepki, tak jak to mialo miejsce 5 lat temu, na koncercie w Stodole), ale sa tez fani korna czy monster magnet. jak i fani w koszulkach reprezentacji brazylii, dzieki czemu robi sie wsrod publicznosci czarno-zolto. po 20.00 wchodza na scene nasi dobrzy znajomi, ktorym przytrafila sie gratka bezposrednio supportowac soulfly na calej ich polskiej trasie. Hunter. jakos nie mam szczescia do ich koncertow. gdy grali w parlamencie pare lat temu musialem sie wczesniej ewakuowac. teraz takich problemow nie bylo, ale… to byl dosyc krotki koncert. nie wiem nawet czy 40 minut bylo. niestety (choc co zrozumiale) zdominowaly setliste numery z nowej plyty „t.e.l.i.”, ktorej nie mialem okazji uslyszec. ale i tak bylo niezle. choc zabraklo tez elementu, z ktorego koncerty Huntera slyna, cyzli rozbudowanej scenografii. byli sami muzycy. z lewej strony dospiewujacy co jakis czas refreny gitarzysta. posrodku lider, wokalista, gitarzysta – Drak. nieodlaczne dlugie, kruczoczarne krecone wlosy i wasik. na dodatek czerwona koszulka i krotkie spodenki moro. tradycyjnie, tak juz na marginesie, bardzo dobry kontakt z publika. no ale to chya nie dziwi, skoro nieraz byli nagradzani za najlepsze koncerty na Przystanku Woodstock. po prawej stronie basista saimon. na perkusji niespodzianka najwieksza- sam docent z vadera. czyli zwazywszy na fakt, ze saimon kiedys tez terminowal u zalogi petera, mozna by mniemac, ze muza huntera zyska sznyty death-metalowe. nic takiego nie nastapilo, aczkolwiek i tak muzyka byla wyborna. naglosnienie mniej, ale i tak szkoda czasu bylo na narzekanie. i tylko txty to element, do ktorego nie moge sie przekonac. moze w angielskim tlumaczeniu tak by to nie razilo. ale polski jazyk bardziej rozumieju i ja ich nie rozumiem. doceniam ze o sprawach istotnych, ale ich poetyka mnie odrzuca. ale dla mnie liczy sie przede wszystkim muzyka i dlatego wystep Huntera oceniam na piateczke. uwzgledniam do oceny rowniez fakt, ze nigdy nie spotkalem sie z tak glosnym domaganiem sie bisu polskiego supportu. no ale Hunter to nie debiutanci w koncu…

przerwa techniczna. kolejna. w miedzyczasie slychac skandowanie nazwy zespolu. najwymyslniejsze z nich to slynny zaspiew urodzinowy, z ta roznica, ze… lecialo to tak: „i jeszcze jeden i jeszcze raz, Soulfly Soulfly niech zyje nam”. niezle niezle. chociaz z dobrze poinformowanego, metal hammerowego zrodla 😉 zespol ma ponoc zaczac o 20.45, to wychodza na scene jakies pol godziny pozniej. gasna swiatla slychac egzotyczne intro. wychodza na scene. aplauz oglusza.

Soulfly!!

powiem szczerze, ze dla mnie mogliby zagrac sam material z dwoch pierwszych plyt i byloby super. bo kojarzyloby mi sie z tym slicznym koncertem soulfly’a, w ktorym mialem okazje uczestniczyc 5 lat temu, gdy promowali wlasnie drugi cedek – Primitive. a poza tym osobiscie dla mnie to ostatnia swietna plyta Soulfly. bo kolejne – „3” i „prophecy” byly dla mnie rozczarowaniem. dlatego tez numery wlasnie z dwoch pierwszych plyt byly dla mnie najlepszymi punktami wiecozru. chociaz nie tylko… bo tytulowy numer z ostatniej plyty na samym poczatku rozjebal totalnie. nie wyobrazam sobie lepszego numeru na poczatek. bo ten numer broni honoru nowego Soulflaja. niestety, przed konczacym numer speedowym zakonczeniu mial miejsce na scenie maly zgrzyt. bo oto wbiegl na scene jakis malolat i stanal przy perkusji. nie wygladal na zamachowca, ale jednak jego zachowanie bylo lekko niezrozumiale. i chociaz reakcja ochroniarzy byla zbyt brutalna jak na taki wystepek, to po smierci Dimebaga jednak lepiej uwazac na takie zachowania… na szczescie to byl jedyny taki zgrzyt. pozniej juz byla czysta poezja dla uszu. poezja. bo oto mielismy do czynienia z wieczorem niespodzianek. poprzedniego wieczora skupili sie na samym soulflajowym materiale. tutaj zas coverow bylo od groma. to niespodzianka jedna. druga, jeszcze bardziej zaskakujaca – improwizacje. na metalowych (okej – nu-metalowych) koncertach takie zagrywki zdarzaja sie nieczesto. no ale jak ma sie taki sklad… bo poza maxem cavalera sklad byl zupelnie inny niz ten ze Stodoly 2000. tamci wylecieli po trzecim albumie. teraz mamy… z tylu na perkusji Joe Nunez. najwiecej sie namacha (ale efektywnie!), wiec jesli chodzi o ubranie to totalny minimal. po prawej stronie sceny na bassie bobby z irokezem na glowie. skecja rytmiczna udana. ale bohaterem wieczoru byl marc rizzo. kto by pomyslal, ze gral wczesniej w numetalowym Ill Nino. ten koles jest wirtuozem! czesto odgrywanie numerow konczylo sie tak, ze po czesci znanej ze studyjnej wersji nastepowala improwizacja. i tu brylowal marc. czy to solowka, czy tzw „kaczka” – wszystko mu wychodzilo znakomicie. mam nadzieje ze zagosci w soulfly jak najdluzej, bo taki muzyk w zespole to skarb. ale znajac maxa… no wlasnie. na samym przedzie max cavalera. tradycyjnie burza dredow i niezwykle czesto zmieniane ciuchy. zazwyczaj gdy marc sie produkowal max znikal. moze to juz starosc daje popalic i zmusza do odpoczynkow na bekstejdzu? moze wlasnie po to jest rizzo? koniec dywagacji. zwlaszcza ze ktos taki jak cavalera na domysly dot. jego osoby nie zasluguje. swietny kontakt z publika. plemiona, w ktore lacza sie fani soulfly juz nie sprawiaja wrazenia jakis smiesznych zabaw majacych na celu kreowania bazy fanow gotowych kupic kazda zarejestrowana nute przez maxa c. jest to juz prawdziwa idea, w ktora wierza i muzycy i fani. i te bliskosc dalo sie wyczuc. pikna sprawa, panie… muzyka? wbrew temu co dalo sie slyszec, nic z nadchodzacego wielkimi krokami piatego albumu „dark ages” nie bylo. lub nie zrocilem uwagi :] wiec bylo granie 4 plyt, z ciut jednak wiekszym naciskiem na rzeczy nowsze. ale jak juz siegneli po cos starego… kolejnym wielkim momentem po „prophecy” byl numer z debiutanckiego krazka – „no hope = no fear”. wtedy juz postanowilem uderzyc totalnie w tany. i moshowac juz do konca. dawno tyle sie nie napocilem :] ale bylo przy czym. tuz po no hope.. przeskok do drugiej plyty i to jednego z najbardziej uwielbianych jej fragmentow – „jumpdafuckup”. no tak, ale przeciez nie ma z nami coreya ze slipknota… wiec rozwiazano to tak samo jak 5 lat temu – numer przeszedl w inny numer z „primitive” – „bring it”. jest dobrze. niedlugo po tym wielka niespodziewanka, zwazywszy na setliste z warszawy – „territory” z „chaos a.d.” sepultury!! jest pieknie. ale to nic. bo najlepsze dzieje sie od wysokosci fragmentu, gdy Wszyscy muzycy chwytaja za bebny. wielebny bylby w soidmym niebie 😉 nastepnie na scenie pojawia sie pan z trabeczka i w takim skladzie odgrywaja „moses” z „prophecy”. niespodzianka. genialny to utwor jednak. a terac cos dla fanow innego projektu maxa – Nailbomb. „wasting away”. nigdy ten epizod dzialalnosci maxa mnie nie robil, wiec skupiam sie na sluchaniu. zaraz znow ruszyc w tany. znow sepultura. POLICIA!!! mosh nabiera niebezpiecznych rozmiarow. ale to jeszcze nic. bo oto jeden klasyk przechodzi w inny… „breathe” prodigy!!! i brzmi to tak, jakby ten numer byl stworzony dla soulflaja! miazga czlowieku, miazga!! nie koniec wrazen. do uszu dobiegaja charakterystyczne dzwieki berimbau. tak, znow wracamy do primitive. „back to the primitive!!”. wiedza jak podtrzymac rejdzmenowy stan nirvany hehe. i jada dalej z niespodziewankami. „headup” deftones??? no nieeeee, ludzie miejcie litosc! nie ma chino moreno, wiec konczy sie na skroconej wersji zwrotki i tym niesamowitym refrenie, gdy wespol z maxem cala sala krzyczy „soulfly! fly high!”. a tu nagle znow Miazga. juz ostateczna. „inner self” z „beneath the remains” sepultury. toc to jeszcze lata osiemdziesiate. i teraz, po tylu latach, max znow do tego wraca. dziwne, ale jakze piekne!!! no i jeszcze to nawolywanie do robienia circle pitow… rejdzmen juz odlecial. a podtrzymuje go w tym stanie juz ostatni numer a jednoczesnie kolejny powrot do debiutu – „eye for an eye”. wielkiiiii koncert. porownywac? do u2 czy open’era nie ma sensu. nie ten kaliber. na pewno lepiej niz slipknot. niby metal, ale jakze inny, jakze inaczej potraktowany. a najlatwiej bedzie stwierdzic – kolejny koncert roku 🙂

 

najlepszy moment: SOULFLY – INNER SELF

ocena: 7,5/10

Leave a Reply