Open’er Festival 2005 (dzień drugi)

gdzie: Skwer Kościuszki, Gdynia
kto: Underworld, The White Stripes, The Music, Lauryn Hill, Sofa, Hariasen, Oszibarack, Good Girl Killer i inni
No i znowu było tłusto. Bez wydumanego intro przechodźmy do konkretów:
Przybywam na godzinę 17.00. Kierunek — mała scena. Ominął mnie występ zespołu Peepol, ale załapuję się na Oszibarack. Czterech osobników. W sensie: z tyłu perkusista, po lewej stronie, bliżej publiczności, basista z fryzurką à la Keith Flint, czyli dwa irokezki po bokach głowy, z prawej strony pan odpowiedzialny za elektroniczne brzmienia i pośrodku DJ Patrisia, którą wielbiciele polskiej muzyki mogą kojarzyć z zespołu Husky. No i piąty bohater występu — wizualizacje na telebimie. Muzycznie ino elektronika zczilautowana, choć czasem prowokująca do beztroskich pląsów tanecznych. Rytmiczne napędzanie na perkę i bas, melodie generowane elektronicznie plus wokal — raz słodki, uspokajający, choć niepokojąco podszyty, co jakiś czas transformujący się w bardziej drapieżne formy. Porównując — mała dziewczynka ze skłonnościami psychopatycznymi. Dodajmy do tego całkiem niezłą pracę świateł i wychodzi nam niespodziewanie ciekawe Wydarzenie.
Najmocniej zwracało uwagę to, co wyprawiał pan odpowiedzialny za elektroniczne brzmienia, w skrócie OZEB. Otóż pan OZEB miał taki przecior, który pozwalał mu generować dźwięki jedynie za pomocą odpowiednich ruchów dłoni. Nie wiem, jak to się fachowo nazywa, ale w każdym bądź razie efekt przezajebisty. Warto dodać, że mieli też całkiem niezły kontakt z zaskakująco licznie, choć bez przesady, zgromadzoną publicznością. Możliwe, że jesteśmy świadkami narodzin Gwiazdy. W końcu muzyka niszowa zaczyna być coraz popularniejsza, więc może niedługo spotkamy się z tym zespołem w MTV itepe, któż to wie…
Po godzinie 18.00 przychodzi czas na kolejny występ. Patrzymy do informatora — Good Girl Killer. Scena dosyć dziwnie przemeblowana, choć to była dopiero nieśmiała zapowiedź dziwactw. Najpierw pojawia się pan, dosyć specyficznie ubrany. Okazuje się być również panem OZEB-em. Staje za swoim sprzęciorem i generuje dźwięki, których nie powstydziłby się Arh+. Pojawia się pani. W sukience, ubrana jak baletnica. Z magnetofonem, który stawia na podłożu i zaczyna wykonywać przed nim dziwne ruchy. Pojawia się druga pani i już teraz w duecie wykonują dziwne ruchy. Na dobitkę pojawia się drugi pan i teraz już wszystkim na scenie zaczyna za przeproszeniem odpierdalać. A ludzie zastanawiają się, o co chodzi. Bo to był Absurd. W jego najczystszej postaci. Diagnoza: albo jestem za głupi, albo byliśmy świadkami niecnej manipulacji naszą autosugestią. Ale ja dam sobie spokój z wyrzutami sumienia z powodu niekumacji tegoż performance’u. U Lyncha, choć też jest choroba, to przynajmniej coś powoduje, że w głębi to ma sens. Tutaj tej wiary nic nie prowokowało. Ale ale — jako rozrywka dla oczu, jak najbardziej polecam. Jeśli mielibyście szansę zapoznać się z tą propozycją — nie rezygnujcie. A nuż dostrzeżecie to, czego ja nie dałem rady dostrzec.
Zbliża się godzina 19.00, więc czas na przetransportowanie się na scenę główną. Ku memu zaskoczeniu tam już, nie wiedzieć czemu, produkuje się Hariasen. Było o nich wczoraj, więc nie ma sensu powtarzać, któż zacz. Zwłaszcza że załapałem się na absolutną końcówkę. Ciężko powiedzieć więc, czy było lepiej, czy gorzej. Choć z tego, co usłyszałem, przyjęcie publiki było gorsze. No ale to chyba była publika czekająca na brzmienia, które zaraz miały opanować scenę. Na pierwszy ogień polski bezpośredni support Lauryn Hill. Sofa. Czyli muzycy towarzyszący wczoraj w Gdyni O.S.T.R.-owi. Perkusista, bas, klawiszowiec schowani gdzieś w lewym kącie sceny plus gitarzysta na przodzie, który tym razem udzielał się także wokalnie. Do tego osobnicy, których poprzedniego dnia zabrakło — raper i wokalistka. Chcąc być złośliwym, powiedziałbym, że nie goszcząc w tym miejscu tak jak rok temu Sistars, mieliśmy do czynienia ze swoistym erzacem. Hip-hopowo, bujająco, a przy tym niemiłosiernie kojarząco się z Sistars, tyle że bez sióstr Przybysz.
Ale za to był Barteq w postaci gitarzysty, który był odpowiedzialny też za kontakt z publiką. Który, trza przyznać, jak na młody zespół był co najmniej niezły. Jeśli chodzi o pozostałych wokalistów… raper rymujący po angielsku. Nie do skumania, gdyż nagłośnienie nie było tego dnia po jego stronie. Na dodatek zamerykanizowanie przeniosło się też na to, co mówił między numerami. „Wielkie big up”, rispektah itepe. Może chłopiec nie z Polski, więc można mu wybaczyć, tak jak swego czasu Redowi z MTV. Wokalistka bardzo utalentowana i równie miło wyglądająca. Refreny bez jej udziału mogłyby być znacznie gorsze. Poza autorskimi numerami mogliśmy posłuchać ich wersji numerów The Roots, Marvina Gaye’a (gdzie gitarzysta popisał się chwytającym za serca niewiast falsetem) czy, tu ukłon w stronę Lauryn, The Fugees. Reasumując. Okej. Jestem na tak.
Jest godzina 20.00, więc następuje przerwa techniczna i wielkie oczekiwanie na pierwszą Gwiazdę. Przybywa coraz więcej luda. Zapewne przybyły też VIP-y, choć nie miałem okazji ujrzeć. Ciekawe, czy Leszek Możdżer i drugiego dnia festiwalu przybył, hehehe… Bądź co bądź musiały się jakieś znakomitości pojawić, wszak tego dnia występował ponoć Najważniejszy Zespół Rockowy Świata. Tego dnia nastąpiły też roszady w proporcjach subkulturowych publiki. Baunsiarstwo, tak przeważające w piątek, w sobotę ustąpiło znacznie miejsca rockmanom. Choć na Lauryn Hill tego jeszcze nie było widać. No ale to nie dziwi, wszak to diva soulu, a nie punk rocka, heeeee. Anyway, wracając do muzyki. Godzina 21.00, pojawia się ONA. Lauryn Hill!!
Według informatora miała się pojawić z 15-osobową ekipą. I chyba tak też było. Nieziemski tłok na scenie. Kogo tam nie było… Perkusiści, klawiszowcy, gitarzyści, chórki… Orkiestra, panie. I to było słychać. Muzyczna uczta. Choć wystarczyło, by Lauryn wzięła gitarę akustyczną i całkowicie sama wykonała jakiś numer. I nie robiło się ani o gram nudniej. Choć zaczęła potężnym uderzeniem. „Doo Wop (That Thing)”, czyli pierwszy solowy hit. Potem nie było już tak przebojowo, często słyszeliśmy, że jest to pierwszy raz, gdy grają jakiś numer. Publiczność i takie kawałki niezwykle pozytywnie odbierała. Choć i tak największy aplauz i ekstaza następowały przy rzeczach dobrze znanych, jak kapitalne potraktowanie „Iron Lion Zion” Boba Marleya. Kogoś obcykanego w życiu osobistym Lauryn pewnie nie zdziwił taki wybór wykonawcy. Nie było zdziwienia też, gdy do uszu dobiegły znajome dźwięki „Ready or Not” The Fugees. Na wielkie pożegnanie „Everything Is Everything”. Perfekcja.
Ale muzyka to nie wszystko. Jeśli chodzi o samą Lauryn… swego czasu w net poszło info, że ostatnio gorzej u pani Hill, jeśli chodzi o psyche. Fanaberie, odwalanie fuszerki na koncertach lub w ogóle ich odwoływanie itepe. Dlatego można było odetchnąć, gdy pojawiła się na scenie i zagrała pełnowymiarowy koncert. Często się śmiała, co jakiś czas zagaiła do publiczności. A jednak o kontakcie z publiką z prawdziwego zdarzenia nie można było mówić. Trochę to wyglądało, jakby była bardziej zainteresowana tymi, z którymi gra, a nie tymi, dla których gra. Coś, co jest do zrozumienia u The Mars Volty na przykład, gdzie mówimy o kontemplacji muzyki, w tym przypadku średnio ma prawo bytu. To wielka muzyka, bez wątpienia będąca Sztuką, ale nosz kurczę, toć to muzyka rozrywkowa jednak. Na dodatek prezentowana na festiwalu. A tak, nieskromnie mówiąc, żywiołowo reagująca publiczność nie zasługiwała na takie potraktowanie. A już na pewno nie na takie pożegnanie, a raczej jego brak. Szkoda. Wielkie muzyczne Święto, tylko gospodarz niemiły. Choć z chęcią przyjąłbym ponowne zaproszenie, hehehe.
Po godzinie grania przyszedł czas na wielkie czystki pod sceną. W końcu teraz miała się zacząć zupełnie inna bajka muzyczna, na dodatek nie tak popularna wśród populacji. Wielu udało się pod drugą scenę, gdzie do swego świata próbował zaprosić węgierski zespół Neo, ostatnio popularny dzięki filmowi „Kontrolerzy”, który to ubarwił swą muzyką. Dlatego też trochę luda ubyło. Na szczęście nie na tyle, by mówić o niewypale organizatorów. A wręcz przeciwnie, chwała im za zaproszenie tego zespołu. The Music pojawili się przed 23.00 i bez zbędnych ceregieli pojechali z koksem.
W czym rzecz? Czterech najzwyczajniej w świecie wyglądających muzyków. Z tyłu sceny perkusista, z przodu od lewej gitarzysta, wokalista i basista. Taneczny puls, a jednocześnie jak najbardziej rockowy. I frontman, który wygląda i rusza się jak Robert Plant, a barwę głosu podjebał Perry’emu Farrellowi z Jane’s Addiction, choć słychać, że i w kwestii wokalu Plant miał na niego wpływ. Czyli co? Tak jak w przypadku Faithless można by mówić o rockowej dyskotece, tutaj użyłbym sformułowania „dyskotekowy rock”. Lub lepiej — rockoteka, hehe. A mimo to ma to znamiona Sztuki. I wszyscy są zadowoleni, bo przyjęcie zespołu było nad wyraz dobre, choć przecież nie jest to popularna kapela. Rockmani byli w siódmym niebie, a ten taneczny bit plus feeria świateł prowokowały do tańca (lub po prostu machania główką) i fanów Snoopa, i Underworld. Można powiedzieć: hit festiwalu, który swego czasu aspirował do miana festiwalu muzyki tanecznej.
Najjaśniejsze punkty występu? Genialny debiutancki singiel „Getaway”, gdzie wokalista chwycił za gitarę. Radziłbym także jak najszybsze zapoznanie się z tytułowym numerem z drugiej płyty, „Welcome to the North”. Najlepiej wersją z 9 lipca 2005. Aha, i jeszcze nie słyszałem tak ujmującego „thank you”. Mimo że słyszanego po każdym numerze. Choć nie zabrakło, w końcu to Angole, odwołania się do ostatnich tragicznych wydarzeń. Szkoda, że całość trwała niecałą godzinę. No i znowu brak bisu. Choć można to zrozumieć. Wszak już wszyscy czekali na najważniejszy występ na tym festiwalu.
Ale zanim to nastąpiło, ostre przemeblowanie. Niby dwóch muzyków, na dodatek tak pure rock’n’rollowych, że można by pomyśleć, że wystarczy im wstawić na scenę perkusję i wzmacniacze, i już mogą grać. Oj nie, nie. Najpierw na scenę wyjechała ogromna dekoracja przedstawiająca coś na kształt obgryzionego jabłka. Następnie po lewej ustawiona perkusja i inne instrumenty perkusyjne. Pośrodku… cymbałki. Sporych rozmiarów. A po prawej pianino. Wszędzie porozstawiane kwiaty. Oczywiście wszystciusieńko w dwóch kolorach: białym i czerwonym. W tle przygrywa odpowiednia do przyszłych wydarzeń stara muza rock’n’rollowa. W końcu koło 00.40 pojawiają się. Najpierw wchodzi Meg, zaraz potem Jack. Ona na biało. On elegancko, w czarnym kapeluszu, jeśli dobrze dostrzegłem na telebimie, z wąsikiem. Burza oklasków. I zaczynają!
Zastanawiałem się przed koncertem, czy ten występ uzasadni wszystkie zachwyty nad nimi. Okazało się, że tak. Dało się odczuć, że uczestniczymy w czymś ważnym. Choć widocznie fani Snoopa i rytmów tanecznych, którzy jeszcze zaakceptowali The Music, na TWS byli znudzeni i szybko powędrowali w swoją stronę. Ale spokojnie, bo zamiast nich pojawili się ci, którzy przybyli do Gdyni specjalnie na duet White’ów. Jak się okazało, tego dnia Jack miał urodziny, więc nie obyło się bez śpiewów dla solenizanta. Ale największą niespodziankę zrobił sam zainteresowany. „Dzień dobry, ja jestem Jack, a to moja siostra Meg”. „Jestem Polakiem”! I to wszystko mówione naprawdę zaskakująco poprawną polszczyzną! Chociaż… panie Jacku, wszyscy śledzący poczynania TWS wiedzą, że to nie pańska siostra, więc darowałby se pan 🙂 Zwłaszcza że mówiąc takie kłamstewko, powoduje pan, że i w to polskie pochodzenie ciężko uwierzyć. Chociaż nawet jeśli to blef, to skubany nieźle się nauczył tych kwestii. A zresztą, nawet jeśli to wielki mistyfikator, to i tak dzięki muzyce można mu wybaczyć.
Bo co tu dużo mówić, polecieli po całości. Przy czym i cymbałki poszły w ruch, i pianino („I’m Lonely (But I Ain’t That Lonely Yet)”). Największe chwile koncertu? „Elephant”. Może dlatego, że to najbardziej znany album? Fakt taki, że w trakcie zagranego gdzieś w połowie występu „The Hardest Button to Button” temperatura znacznie wzrosła. Ale już końcówka, a właściwie bis, to była esencja. Na początek — chóralnie odśpiewane słowa „I Just Don’t Know What to Do with Myself”. Ale szaleństwo wkradło się w tysiące głów przy innym numerze. Chyba każdy wie, o co chodzi. Parę dźwięków, a ekstaza, jaką wywołały, nadaje się na badania dla psychologów. „Seven Nation Army”. I tyle. Chyba nic więcej nie trzeba dodawać. I to był koniec niestety dosyć krótkiego, bo godzinnego koncertu. Ale jakiego! Ano po prostu — na tym festiwalu Najlepszego.
Ostatnia gwiazda festiwalu — Underworld — zaczęła grać po 2.00. Nie wiem, na ile fani The White Stripes lubią elektronikę spod znaku Underworld, ale ludzi wcale nie ubyło. Nawet pomimo późnej pory. No ale jak się daje taki koncert… bo panowie z Underworld wypadli fenomenalnie. Znacznie lepiej niż Fatboy Slim, który miał podobne zadanie poprzedniego dnia festiwalu. Tutaj mieliśmy do czynienia z tymi numerami, które u Underworld najlepsze. I podane tak oryginalnie, że przeciwnicy „komputerowych koncertów” nie powinni mieć argumentów na „nie”. Dwie osoby bawiące się w muzykę plus wokalista, który wciąż kojarzył mi się z Maynardem z Toola. I nie tylko przez łysą glacę. Ale te wszystkie ruchy, i szamańskie odpały… to wszystko składało się na spektakl, przy którym zarówno frajdę mogli mieć oglądacze (warto jeszcze wspomnieć o wizualizacjach), jak i słuchacze przede wszystkim. A na koniec kultowy „Born Slippy”. I koniec. Już jest 4.00 i po wschodzie słońca. A jednak bis jest nieunikniony z racji tak żywiołowego przyjęcia. Więc grają jeszcze dwa numery i naprawdę się żegnają. Fenomenalne zakończenie festiwalu.
Żem się rozpisał. Więc krótkie podsumowanie. To był dobry festiwal. Zdecydowanie wart 200 złotych. Każdy artysta dał świetny koncert. Najlepsze? Dla mnie oczywiście The White Stripes, potem The Music. Choć nie będę zaprzeczał, jeśli ktoś za najlepszych uzna Faithless, bo ja osobiście uznałbym ich za największe zaskoczenie festiwalu. A jeśli zestawić ten festiwal z poprzednimi Open’erami… choć zeszłoroczny zestaw, choć mniejszy, rozwalił mnie bardziej (Cypress Hill + Massive Attack), to chyba należy postawić tegoroczny festiwal wyżej. Przede wszystkim cieszy pojawienie się Rocka. Mam nadzieję, że nie zapomną o tej muzyce organizatorzy za rok. Jak również mam nadzieję, że tendencja z coraz większą ilością gwiazd się utrzyma. Bo jak pokazała frekwencja, chyba się opłaca. I jeśli by tak w rzeczywistości było, to chyba dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie większej ilości scen. Może nawet podzielonych gatunkowo. Chociaż mi to tam nie robi 🙂
No i jeśli nie usuną żetonów na piwo, to ktoś straci życie.
No to widzimy się za rok, co?
najlepszy moment: THE WHITE STRIPES – SEVEN NATION ARMY
ocena: 8/10