Sok z żuka
rok: 1988
reżyseria: Tim Burton
Byłoby przesadą mówić o upadku, ale patrząc na ostatnie dokonania Tima Burtona trudno nie odnieść wrażenia że szczytową formę ma już ewidentnie za sobą. Dziwne produkcje dla dzieci, recykling starych pomysłów, nachalne forsowanie Jenny Ortegi (którą, żeby nie było, lubię) na nową Winonę Ryder. A był czas kiedy zaliczał strzały w środek tarczy jeden za drugim. Kiedy był nawet jeśli nie najlepszym, to na pewno najbardziej oryginalnym reżyserem w Hollywood.
Za początek tej serii hitów spokojnie uznać „Sok z żuka”. Film który dał narodziny całej franczyzie, obejmującej seriale animowane, komiksy, gry wideo, a nawet musical i własną sekcję w parku rozrywki. No i co najważniejsze, doczekał się sequela po, bagatela, 36 latach (to chyba rekord jakiś?). Nie ma więc wątpliwości, że mówimy o klasyku który odcisnął spore piętno na historii popkultury. Czy jednak broni się do dziś, w oderwaniu od znaczenia historycznego?
Tu muszę niestety wyrazić pewną wątpliwość. Na pewno formalnie to jest wciąż top. Dziś wielu czepia się przestarzałych efektów specjalnych, a nawet kiczowatych, ale należy pamiętać, że dokładnie takie było zamierzenie Burtona – by całość wyglądała jak film klasy B. Estetyka, która dziś wydaje się lekko zapomniana, zwłaszcza dla młodszego odbiorcy. Bliski Burtonowi, co niejednokrotnie udowadniał, jest też świat animacji i tutaj doskonale to widać – np. takie sceny jak te z poczekalni, z całą galerią postaci, to jest coś na co nie wpadły niejeden współczesny animator. A Burton zrobił to wszystko bez choćby jednej kropli animacji, jak choćby w wydanym w tym samym roku „Kto wrobił Królika Rogera?”. Przy czym wszystkim wciąż jest tu ten charakterystyczny Burtonowski gotyk, który będzie tak widoczny w „Edwardzie Nożycorękim” czy obu filmach o Batmanie.
Michael Keaton. Odważę się rzec, że nie byłoby sukcesu tego filmu, a wraz z nim całej franczyzy Beetlejuice’owej, gdyby nie jego interpretacja tytułowej postaci. Jest oblechem, jest wkurwiający, jest dzikusem – jednym słowem, jest villainem którego się uwielbia. Przy czym najbardziej niesamowite jest to, a po latach od poprzedniego seansu niemałym szokiem, że łączny czas jego przebywania na ekranie to jakieś, nie wiem, 15 minut?
I oczywiście to nie jest jakiś totalny ewenement w świecie filmu – wystarczy sobie przypomnieć ile w „Obcym” było tytułowego Obcego. Tyle że cały geniusz dzieła Scotta opiera się na strachu przed tym, czego nie widać, choć jego obecność jest doskonale wyczuwalna. W przypadku „Beetlejouice” jeśli na ekranie nie ma Keatona czy będącej sercem filmu Winony Rider w roli Lydii, to trochę, hm, wieje nudą. Nawet jeśli „normikowość” pary Geena Davis i Alec Baldwin jest jak najbardziej intencjonalna jako przeciwwaga szaleństwa Beetlejuice’a i nietuzinkowości Lydii. Trudno też nie zauważyć, że chociaż całość jest ewidentnie bardziej komedią niż horrorem, to cała jego komediowość opiera się na groteskowości świata przedstawionego i niczym więcej. Kiedy próbuję sobie przypomnieć chociaż jeden fragment dialogu który mnie szczerze rozśmieszył – nic mi nie przychodzi do głowy.
Ale niech minusy nie przysłonią nam plusów. To wciąż kapitalny kawał rozrywki dla starszych i młodszych, nawet jeśli z wyraźnie widocznymi wadami. Oraz cudowna pamiątka z czasów, kiedy wyobraźnia Burtona zdawała się być niczym nieograniczona.
najlepszy moment: scena kolacji to niekwestionowalny klasyk
ocena: 8,25/10