Piknik pod Wiszącą Skałą
rok: 1975
reżyseria: Peter Weir
Z Nowej Zelandii, na której działa się akcja omawianego w poprzednim wpisie „Fortepianu”, przenosimy się niewiele dalej, bo do Australii. Tam też powstał jeden z najbardziej oryginalnych i w mojej opinii jeden z najpiękniejszych filmów w historii.
Czym właściwie jest „Piknik pod Wiszącą Skałą”? Horrorem bez rozlewu krwi? Dramatem o końcu niewinności? Traktatem o kobiecości? Ruchomym obrazem impresjonistycznym? Najprawdopodobniej – wszystkim tym naraz. Tak jak autorka książkowego pierwowzoru, która nigdy nie chciała wyjawić czy jej dzieło rzeczywiście jest oparte na prawdziwej historii, tak Peter Weir nie jest absolutnie zainteresowany tym by wyjaśnić co się stało z tymi czterema dziewczynami, które w Walentynki 1900 roku udały się by eksplorować tytułową Wiszącą Skałę i już nigdy z tej wyprawy nie powróciły (tj. nie w pełnym składzie – dwie z nich przeżyły, ale w żaden sposób nie są w stanie wytłumaczyć co się im przydarzyło), choć oczywiście na filmie pokazuje pewien rozwój wydarzeń po tragicznym pikniku. Cóż, nie brzmi to Wam znajomo?
Tak, wiem że mi się wszystko z Lynchem kojarzy, ale rany boskie, tu naprawdę te paralele aż biją po oczach. Zagadka której Weir odmawia rozwiązać podobnie jak autor „Twin Peaks”, choć dotyczy czterech dziewczyn, przede wszystkim skupia się na Mirandzie – przepięknej blondynce o anielskiej urodzie, której osoba fascynuje wszystkich: jej szkolne koleżanki przede wszystkim (w tym drugą główna tragiczną postać filmu, mającą na punkcie Mirandy obsesję Sarę), ale także kadrę nauczycielską i wszystkim pracowników szkoły. Fantastycznie obsadzona w roli Laury Palmer… wróć – Mirandy, debiutująca na ekranie (choć w przeciwieństwie do Sheryl Lee bez późniejszych większych sukcesów) Anne-Louise Lambert, choć widać ją na ekranie być może przez co najwyżej połowę filmu, stanowi niemal paletę barw którymi jest malowany cały film. Bo tak, choć nie wiem czy Peter Weir podobnie jak jego amerykański kolega także uważa się w pierwszej kolejności za malarza, tak trudno nie mieć wrażenia że do swojego największego dzieła podszedł jak obrazu. Trop ten potwierdzają efekty nałożone na oko kamery – w tym wypadku nie mam pewności, czy odrestaurowanie filmu w 4K rzeczywiście mu się przysłużyło, bo ten film najlepiej wygląda w analogowej, rozmytej wersji, wyglądającej jak senna mara.
No właśnie. W jednej z pierwszych scen główna bohaterka wypowiada kluczowe słowa „to, co widzimy i to, co nam się zdaje, jest tylko snem… snem we śnie”. Aż chce się zapytać – „but who is the dreamer?”. Czy to co oglądamy to rzeczywiście tylko sen którejś z bohaterek, jak choćby „Mulholland Drive”? Czy wszystko to jest jedynie grą symboli? I czy właściwie jest to ważne? Tu trzeba przyznać, że pod pewnym względem dzieło Weira góruje nad twórczością Lyncha – a konkretnie swą australijskością. Być może się mylę, ale dokładnie tak sobie wyobrażam Australię. Z tą pewną trudną do zdefiniowania eterycznością, wajbem krańca świata, magią nieosiągalną dla kogokolwiek z zewnątrz. Przyznam że Australia od zawsze była moją wymarzoną destynacją i „Piknik” idealnie mnie w tym marzeniu utwierdza. I jestem przekonany, że podobnie jak w „Pikniku”, gdzie się nie pójdzie w Australii tam wszędzie słychać dźwięki Fletni Pana. „And there’s always music in the air”.
Oczywiście to nie jest tak, że ten film nie ma swoich wad. Choć całość dzieje się na mocno spowolnionych obrotach, to tempo w ostatnim akcie rzeczywiście już „siada”, choć przecież powinno zbliżać do jakiegokolwiek rozwiązania. Stąd też ucięta punktacja końcowa. Ale pierwsza połowa to czysta rozkosz dla zmysłów. Znam osoby dla których jest to ukochany, „plakatowy” film. Być może w moim przypadku tak nie jest, ale doskonale rozumiem to uczucie.
najlepszy moment: praktycznie wszystko to co dzieję się na ekranie do momentu pikniku włącznie
ocena: 9,75/10