In Memoriam: Brent Hinds (16.01.1974-20.08.2025) & Stanisław Sojka (26.04.1959-21.08.2025)
Not gonna lie, fatalne są te wakacje. Także dla świata szeroko pojętej kultury. Muszę w tym momencie wspomnieć o Ozzym Osbournie i Asi Kołaczkowskiej, którym notki specjalnej świadomie nie poświęcałem, choć oboje wywarli mieli kluczowy wpływ na moje postrzeganie sztuki. W przypadku Ozzy’ego zwyczajnie uznałem, że nie jestem w stanie udźwignąć tematu i brakuje mi skilli by objąć wielkość tej straty. Wszak mówimy o człowieku który stworzył cały gatunek muzyczny, mój ulubiony na dodatek. Zaś co do Asi – kiedyś, kiedy było to zdecydowanie więcej wpisów dotyczących dziedziny muzycznej, założyłem sobie, że takie notki pożegnalne będę dedykował wyłącznie artystom ze świata muzyki właśnie. Czy ma to sens? Nie do końca, zwłaszcza biorąc pod uwagę że od lat więcej piszę o filmie niż o muzyce. Ale jak sobie kiedyś coś ustalę to się tego trzymam.
W ubiegły czwartek ucierpiał najmocniej świat muzyki, tracąc aż dwie osobistości, mimo iż można rzec że różniło je absolutnie wszystko – od stylistyki uprawianej twórczości, poprzez cechy osobowości, na kraju pochodzenia kończąc. Ale łączyło je to, że obie pojawiły się na dłużej w mojej przygodzie z Muzyką, zatem o obu chcę tu wspomnieć.
Najpierw gruchnęła wieść, że w tragicznym wypadku motocyklowym zginął Brent Hinds. Chciałoby się dopisać „… z zespołu Mastodon”, ale od marca tego roku już tych barw nie reprezentował. Ale on ten zespół stworzył i tworzył przez 25 lat, przykładając rękę do każdego dźwięku z ich dyskografii. I choć wszystko wskazuje na to że jest to band w którym panuje pełna demokracja, to trudno nie było odnieść wrażenia że Hinds był w tej układance najbardziej kluczowy. Choćby z tego względu że to jego gitara była wiodąca oraz to jego wokale były dominujące, zwłaszcza w początkowym etapie działalności (przyznam też, że to właśnie jego wokale najbardziej mi leżały). Chociaż Mastodon był obecny na moim radarze muzycznym od niemal samego początku (co w sumie nie jest dziwne biorąc pod uwagę, że mainstream dosyć szybko się o nich upomniał), to pokochałem ich na wysokości „Crack the Skye”, kiedy już niemal cały zespół był odpowiedzialny za wokale. A mimo to kiedy trafiałem na jakieś grupowe foty promo, to w pierwszej kolejności wzrok kierował się ku Hindsowi właśnie. Może też dlatego, że wydawał się być najbardziej kolorowym ptakiem z całego składu. Być może nawet zbyt kolorowym – choć pierwsze statementy o opuszczeniu zespołu wskazywały rozstanie w pokojowej atmosferze, to szambo wylało się niedługo później. I to niestety głównie ze strony Hindsa, który mieszał byłych kolegów z błotem przy każdej nadającej się okazji. Trudno orzec, na ile te zarzuty miały pokrycie w rzeczywistości, a na ile podyktowane były żalem z powodu opuszczenia dobrze prosperującego biznesu, być może skrapianym używkami niwelującymi trzeźwe spojrzenie. I raczej już nawet nie ma sensu tego roztrząsać. Mastodon wyjątkowo szybko się ogarnęli po odejściu Hindsa, co było widać chociażby na pożegnalnym koncercie Ozzy’ego i Black Sabbath, kiedy otwierali wieczór. A jednak nie ma co ukrywać – to już nie będzie to samo, przynajmniej dla mnie.
Zaledwie kilka godzin po tym jak świat fanów Mastodona i metalu jako takiego pogrążył się w żałobie, napłynęły wieści z północy kraju, wymierzając cios w samo serce polskiej kultury. Stanisław Sojka zmarł, tuż przed występem na Sopockim festiwalu. Ikona polskiej muzyki, postać znana osobom nawet będących na bakier z muzyką czy kulturą in general. W moim odczuciu, choć jestem przekonany że większość osób w Polsce by się zgodziła – wręcz pewna opoka, zwłaszcza po śmierci Czesława Niemena, który podobną rolę sprawował ciut wcześniej. Osobnym zagadnieniem jest to, ile w tym powszechnym szacunku było też aktywnego słuchania, wykraczające poza nieśmiertelną „Tolerancję”. Bo polskich bohaterów muzyki sprzed lat łatwo wrzucić do wora paździerzowego, ogniskowego lub weselnego grania dla ludzi o minimalnym obyciu muzycznym. Jednym słowem – do szufladki z napisem „uncool”. W moim odczuciu Pan Sojka do tej szufladki nie pasował, nawet jeśli nie silę się tu na obiektywizm – muzyka SS była w moim życiu obecna od niemal zawsze, dom rodzinny był wypełniony jego płytami, o wielu z nich pisałem na tym blogu. Owszem, odhaczał te checkboxy typowe dla gwiazd polskiej piosenki – nagrywał kolędy (skądinąd piękne), występował na Opolach i Sopotach (o czym była mowa wcześniej), jak trzeba było to zaśpiewał dla Papieża czy powodzian. A jednak jednocześnie stawiał sobie wyzwania jak najbardziej artystyczne – kombinował z muzykami jazzowymi, produkowali go muzycy alternatywni, nagrywał covery Radiohead. Zresztą, o czym my mówimy – facet jako jedyny polski muzyk zaśpiewał wspólnie z Nickiem Cave’m – you cannot get coller than that. I choć 66 lat to całkiem słuszny wiek, to wcale nie było takie oczywiste że ta historia zmierza ku końcowi, wszak nie dalej jak rok temu widziałem Pana Stanisława na pięknym występie na warszawskiej Saskiej Kępie. Zaraz pewnie zaleje nas fala lepszych i gorszych tribute’ów, ja poleciłbym jednak sięgnąć do źródła – a mówimy o dość pokaźnej dyskografii, więc jest co odkrywać.