rageman.pl
Muzyka

Smoosh – Withershins

smooshrok wydania: 2010

wydawca: DIY

pobierz album

 

Serce roście słuchając takich albumów. Nie tyle ze względu na samą jakość (choć to także), co przez osoby za nie odpowiedzialne. Amerykańskie trio Smoosh tworzą siostry, których średnia wieku w momencie wydania „Withershins” oscylowała w rejonach wczesnolicealnych. Oczywiście sam młody wiek, zwłaszcza w kontekście współczesnej branży muzycznej która nowych gwiazd szuka już po żłobkach, nie musi imponować. Tyle tylko, że dziewczyny, zamiast tworzyć żeński odpowiednik Jonas Brothers czy machać w teledyskach dopiero co rozwiniętymi piersiami, uparły się grać indie rocka inspirowanego Tori Amos i The Dresden Dolls, własnoręcznie skomponowanego i odegranego. Dobra nasza, może coś będzie jeszcze z tych nowych pokoleń.

Nie słyszałem wcześniejszych dokonań sióstr Saavedra (pierwsze dzieło – „Tomato Mistakes” – popełniły, gdy najstarsza z nich miała… 8 lat), zatem pominę w dalszym opisie „Withershins” takie terminy jak „progres”, „regres” czy „esksperyment”.  Wspomniana najstarsza siostra, Asy, odpowiedzialna jest za główne wokale i instrumenty klawiszowe, pozostałe dwie siostry za sekcję rytmiczną. I ten podział ról jest wyraźnie widoczny w strukturze kompozycji. Patent jest prosty, żeby nie powiedzieć odrobinę przewidywalny: zaczyna się od zarysowującego melodię i nadającego ton klawisza, do którego za chwilę dołącza śpiew, czysty, ładny, czasem w dwugłosie. Teoretycznie popowy, ale praktycznie bez wyjątku przeszyty przytłaczającym wręcz smutkiem. Od pewnego momentu piosenki wchodzi sekcja rytmiczna – bardziej jednak niż nadająca rytm „grająca swoje” i służąca eskalacji nagromadzonych wcześniej emocji, przez co spychająca resztę wchodzących razem z nią instrumentarium na dalszy plan. Różnica między kolejnymi piosenkami sprowadza się głównie właśnie do tych dodatkowych partii instrumentalnych – trąbek („In The Fall”), smyków („The Line”, „Promises”) czy automatu perkusyjnego („The World’s Not Bad”). I choć momentami jest przepięknie, to na dłuższą metę taki pomysł na piosenki zaczyna lekko nudzić, zwłaszcza jeśli nagromadzi się je jedna za drugą. Na szczęście w porę przychodzi odświeżenie formuły, jak w „Aarplane Song” z podkładem wywodzącym się z regionu elektronicznego czy „Call Of The Mid-Afternoon”, poprzez wyeliminowanie klawisza kojarzący się z PJ Harvey z okresu „Is This Desire?”.

Przez wspomnianą wcześniej powtarzalność ocena końcowa bardziej naciągana aniżeli zasłużona. Ale album jako całość działa, chwilami porywa, a na całej rozciągłości odurza słuchacza trudno definiowalną szczerością i pasją. Kolejny dowód, że dzisiaj najlepszej muzyki należy szukać w internetach.

 

najlepszy moment: WE ARE OUR OWN LIES

ocena: 7,5/10

Leave a Reply