U2 – No Line On The Horizon
wydawca: Island
Zmieniamy klimat. Co tam u naszych ukochanych mesjaszy rocka słychać? Ostatnio chyba nic nowego, wciąż najświeższym dokonaniem studyjnym pozostaje „No Line On The Horizon” z 2009 roku. I o nim dziś pomówmy.
U2 to jeden z tych zespołów, z którymi relacje można by okreslić hasłem „zły dotyk boli całe życie” – jeśli ukochałeś ich kiedyś, to niezwykle trudno będzie Ci się wyzwolić spod jarzma fanostwa. Poczuwam się zresztą do bycia klasycznym tego przykładem – mogę dostrzegać mizerię, jaką kreują od ponad dekady, ale na koncert i tak do Chorzowa pojadę, a co gorsza – wciąż będzie tliła się we mnie wiara, że nagrają jeszcze coś na miarę klasycznych dokonań.
„No Line On The Horizon” oczywiście absolutnie żadnych zaskoczeń nie przynosi – ani jakościowo nijak ma się do „Achtung Baby” czy nawet „War”, ani też nie jest tak eksperymentalny, jakim był promowany przez Irlandczyków i ich wytwórnię. Nadzieją na modernizację brzmienia napawały zapowiedzi zatrudnienia legendarnego Ricka Rubina jako producenta i pierwsze efekty współpracy w postaci całkiem sympatycznego, charytatywnego singla „Saint Are Coming”. Ostatecznie jednak materiał nagrany z producentem Slayera i RHCP wyrzucono do kosza i do studia nagraniowego wezwano sprawdzoną ekipę Brian Eno-Daniel Lanois-Steve Lillywhite. I chociaż album nagrywano m.in. w Maroku, to ze świecą szukać tu orientalnych brzmień. A już zupełną naiwnością byłoby sądzić, że rewolucyjne w kontekście dotychczasowego stylu pracy dopuszczenie producentów do procesu pisania piosenek zaowocuje innowacyjnością godną np. „Music For Airports”. To po prostu kolejny album U2 w XXI wieku, w każdym tego sformułowania znaczeniu.
Dlatego aby dotychczasowi fani Bono i spółki, którzy są bardziej krytyczni wobec swych idoli, byli w stanie czerpać jakąkolwiek satysfakcję z tego albumu, powinni (wreszcie) pogodzić się z faktem, że dotychczas stosowana przez nich skala nie ma już racji bytu. W chwili obecnej U2 mierzy się nie ze swoją dyskografią z lat 80-tych, a z twórczością Coldplay’a czy innego Snow Patrola. I na tym tle „NLOTH” wypada nie tylko przyzwoicie, ale i momentami intrygująco. Najlepszym przykładem zamykający całość „Cedars Of Lebanon”, na pierwszy rzut oka zupełnie niepozorne outro, w praktyce ta gadanina Bono na pięknie subtelnym tle jest jedną z ich najbardziej zaskakujących kompozycji od niepamiętnych czasów. Docenić można też funkrockowy niemalże „Stand Up Comedy”. W pamiętnym „Będzie głośno” The Edge ewidentnie odróżniał się od towarzystwa pozostałych gitarzystów (Jimmy Page’a i Jack White’a) jako zanadto polegający w swej grze na efektach, tymczasem tutaj udowadnia jak rzadko kiedy, że i rasowy riff mu nieobcy. No i jest wreszcie ewidentnie najlepszy „Fez – Being Born”. Bo i słychać wreszcie w pierwszej części numeru jakąś egzotykę, a druga, właściwa część przynosi w brzmieniu i warstwie wykonawczej atmosferę, jaką tylko ten zespół potrafi wykreować, a przynajmniej potrafił na swych najlepszych płytach. I nawet fakt, że sama melodia już tak nie porywa, zanadto nie przeszkadza.
Ale jest i drugie, brzydsze i znacznie bardziej oczywiste oblicze albumu. Bo już kompozycja tytułowa, „Magnificent”, „Unknown Caller” czy „I’ll Go Crazy If I Don’t Go Crazy Tonight” to już U2, jakie doskonale znamy z dwóch poprzednich albumów – może i lepiej zaaranżowane, ale wciąż poprockowe suchary, równie natchnione co muzyka w windach. W tym towarzystwie powinien być umieszczony „Breathe”, choć ratuje go totalnie ujmujący mnie refren. Wystawiony na singiel „Get On Your Boots” miał chyba spełniać dokładnie tę samą rolę co równie współcześnie brzmiący „Vertigo” na „How To Dismantle An Atomic Bomb”, ale w efekcie jest najlepszym dowodem na to, dlaczego sprzedaż albumu uznano za porażkę. No i jeszcze dwie ballady, lokujące się gdzieś pośrodku. Bo z jednej strony „White As Snow” naprawdę porusza (zwłaszcza w interpretacji wokalnej), a mający coś z gospel „Moment Of Surrender” mile ewokuje „Please”, ale z drugiej mam straszne opory, by postawić te utwory w jednym rzędzie z „One”, „All I Want Is You” czy „With Or Without You”.
Album lepszy od dwóch dwóch poprzednich, ale jeśli ktoś liczył na to, że „do trzech razy sztuka”, to cóż… niech odlicza dalej.
Finalną ocenę podnosi na pewno mocno okazałe wydanie deluxe, z którym mam przyjemność obcować. Plakat, książka z fotami z sesji i wypowiedziami zespołu (nic specjalnego, artystycznie natchnione pitu pitu), a przede wszystkim film „Linear” w reżyserii nadwornego fotografa zespołu, słynnego Antona Corbijna. Choć film to za dużo powiedziane – raczej zbiór wizualnych impresji na kanwie piosenek z albumu, splecionych szczątkową fabułą przedstawiającą historię paryskiego policjanta, który postanawia zerwać z jałowością dotychczasowego żywota, podpala swój służbowy motor, przesiada się na własnego harleja i rusza w podróż. Wizualnie cudna rzecz, godna dotychczasowych dokonań Corbijna, ale dla mniej czułych na artystyczny kunszt może być dość nudnawa. Większość „aktów” bazuje na uporczywym trzymaniu się kurczowo jednego motywu (stąd tytuł zresztą) typu jazda motocyklem czy zmienianiu kształtu przez chmurę, co na dłuższą metę nie musi być specjalnie zajmujące. Najciekawiej robi się, kiedy główny bohater wchodzi w interakcję z innymi postaciami, jak np. w „Being Born” – jest wyczuwalne napięcie, dające nadzieję na jakikolwiek rozwój wydarzeń w obrębie jednej sceny. Warto dodać, że wykorzystane piosenki mają inną kolejność niż na albumie, a co więcej – uwzględniono tu nieobecny tam „Winter” (kosztem „I’ll Go Crazy…”). Numer powstał na potrzeby filmu „Brothers”, tu mamy jednak do czynienia z jego pierwotną, bardziej rockową. Słusznie wyrugowaną z albumu – rzecz brzmi jak z „U2 Song Generator”, skrajnie schematyczna.
najlepszy moment: FEZ – BEING BORN
ocena: 7,5/10
