Sigur Ros – Með suð í eyrum við spilum endalaust
rok wydania: 2008
wydawca: EMI
w oczekiwaniu na nowy album Sigur Ros, ktorego nagrywanie ponoc jest juz ukonczone, omowimy sobie najswiezsze dokonanie Islandczykow.
jest pare czynnikow, ktore moglyby sugerowac, ze jest to przelomowy album dla Islandczykow. wprawdzie juz od jakiegos czasu Sigury graja dla majorsa, jednak po raz pierwszy graja pod nadzorem obcego producenta. i to nie byle jakiego, bo Flooda. tego od omawianej niedawno PJ Harvey, ale takze U2 czy Placebo. nie aby to jakos zanadto zmienilo brzmienie zespolu, ale odnotowac mozna. ponadto, to wlasnie na piatym longpleju znalazl sie pierwszy numer zespolu zaspiewany po angielsku – zamykajacy calosc „All Alright”. inna sprawa, ze i tak ciezko zrozumiec co tam Jonsi wyspiewuje.
jednak to, co do naszych uszu dolatuje po odpaleniu plyty pozorem nie jest. nietypowe dzwieki akustycznej gitary, jakies elektronicznie zmodyfikowany zaspiew, a przede wszystkim – plemienne, afrykanskie bebny. o kurcze, dobra plyte nastawilem? tak, Sigur Ros pisze na niej, powinno byc okej. wprawdzie zdarzaly sie w przeszlosci momenty, kiedy perkusista Sigurow bezlitosniej katowal perkusje, odkrywaj swa fascynacje Bonhamem, jednak tak egzotycznego brzmienia Sigury nie mialy nigdy. w kazdej recenzji „Gobbledigook” pojawia sie porownanie do Animal Collective i rzeczywiscie, cos jest na rzeczy. nie wiem czy jako singiel daje on wyobrazenie o calosci albumu, jednak funkcje wpadania w ucho i zachecacza spelnia on calkiem przyzwoicie.
chociaz drugi numer – „Inní mér syngur vitleysingur” – moze szokowac jeszcze bardziej. Jonsi spiewa jeszcze bardziej popowo, dzwoneczki graja tak uniwersalnie rozczulajaco, ze az nieprzyzwoicie, a na dodatek w pewnym momencie wchodzi… sekcja deta. okej, deciaki juz bywaly i na poprzednich albumach, jednak nigdy nie graly one tak… optymistycznie. Sigur Ros grajacy na wesolo i afirmujacy zycie, koniec swiata. ale mnie sie to podoba!
i w sumie zaluje, ze w dalszej czesci plyty panowie nie pociagneli tematu, nie dodajac numerow w starym klimacie jedynie na zasadzie tzw rodzynkow. bo juz trzeci w kolejnosci „Gó?an daginn” transportuje nas w chlodniejsze, fiordowe rejony Islandii. wprawdzie nastepujacy po nim „Vi? spilum endalaust”, oparty w zwrotkach na jednostajnym uderzeniu stopy i znow opatulony w refrenie dzwiekami deciakow tchnie zaskakujacym optymizmem, to dalej zaczyna sie juz festiwal (nawiazujac do tytulu piatego tracka) Sigur Rosowego smutku i ultradelikatnych, falsetowych wyczynow Jonsiego. wprawdzie atakuja niby z ciut innego frontu, jednak trudno nie uznac, ze po raz kolejny proboja panowie zmierzyc sie z tematem wybitnosci „Agaetis Byrjun”. i jest to, jak chyba powszechnie wiadomo, walka z gory skazana na porazke. co nie znaczy, ze zadnych godnych uwagi momentow w tej konfrontacji nie ma. „Festival” w drugiej czesci stawia na bacznosc epickim pieprznieciem perkusji sprzezonej ze skrzypeczkami. final „Ara Batur” traci patosem godnym hollywooodzkiego soundtracku. „Fljotavik” to juz rzecz w calosci wyciszona i z wszystkich jedenastu numerow chyba najblizsza temu, by skruszyc me serducho. choc tym razem niestety nie zaplacze przy Sigur Rosie. znow.
ciezko mi uznac, czy tych panow nie stac na cos, co zagraloby na emocjach nawet najwiekszych twardzieli. zwazywszy jednak na to, ze optymistycznie granie wychodzi im zaskakujaco dobrze, naprawde bym sie cieszyl, gdyby takie numery jak „Gobbledigook” bylyby drogowskazem dla poszukiwan na nastepnym albumie. albo aby przynajmniej propocje stanowily na korzysc tego pogodniejszego, moze nawet bardziej popowego oblicza. niemniej tak dobrej plyty panowie nie mieli od oslawionego „AB”. wiec jest zajebiscie.
najlepszy moment: FLJOTAVIK
ocena: 8/10