rageman.pl
Muzyka

Radiohead – In Rainbows

rok wydania: 2007

wydawca: XL

 

skoro bylo o Sigur Ros, to i o Radiohead trza wspomniec. wiadomo, hehehe.

nie no, ale moment w ktorym bede musial zajac stanowisko w sprawie takze tej kapeli nadchodzil nieuchronnie.

wiec tak – Radiohead wielkim zespolem jest. to jest fakt. popelnili rzeczy nie tylko przekozackie w odsluchu i odczuwaniu („doznawaniu”, heh), ale i inspirujace, wrecz rewolucyjne i na tyle wyrafinowane, by staly se przedmiotem badan ludzi, zajmujacych sie na codzien Mozartem, Stockhausenem i muzyka generowana przez ludzi plemiennych. i, co byc moze jest najwazniejsze w kwestii wybitnosci RH, mowimy tu o conajmniej jednej plycie. dzieki czemu w hierarchii najwazniejszych wykonawcow w historii muzyki rozrywkowej (wlasnie – czy jeszcze rozrywkowej?) nalezy umiejscawiac ich wyzej nie tylko od 99% kapel jakie zaistnialy w przeciagu ostatnich 2 dekad, ale i nawet od takich tuzow jak Sex Pistols, Joy Division czy Nirvany.

on the other hand – gdyby brac pod uwage srednia wartosc z wszystkich wydanych plyt drugograjacych, to niestety moga byc trudnosci ze stawianiem radioglowych w jednym rzedzie z The Beatles, Led Zeppelin czy Velvet Underground. moze nie zaliczyli panowie ewidentnej wpadki, ale plyty w najlepszym wypadku przyzwoite – jak najbardziej. inna sprawa, ze nie postawilbym ich w tym samym rzedzie, bo…. no bo nie. bo ja naprawde nie czuje, aby jednak Radiohead byl tak wybitnym zespolem jak tamte powyzej. wcale tak mnie te dzwieki nie poruszaja. wiem, czlowiek ktory wykazuje sie wyrozumialoscia dla plyt Limp Bizkit czy Pitbulla moze nie powinien osadzac wybitnosci Radiohead. ale hej, kto wlasciwie powinien? Scaruffi? Kaczkowski? Weiss? Dejnarowicz? przykro mi, moze ja dziwny jestem, ale ja tam w pierwszej kolejnosci to Muzyki slucham jednak dla emocji, ktora mi dostarcza i so-called przyjemnosci, a nie dla jej innowacyjnosci/przelomowosci/rewolucyjnosci. i w takim kontekscie to blizszy mi sa nie tylko The Beatles, Led Zep i Pink Floyd, ale i U2, Blur, Faith No more czy Toola. nawet jesli Radiohead nigdy nie zblizyli sie do poziomu takiej kupy jak „How to dismantle an atomic bomb”.

nie zblizyli sie, choc ponoc przy okazji „In Rainbows”, uznawanej juz teraz za ich najslabsze dokonanie i tzw „poczatek konca”, niewiele brakowalo. hej, kolejna bzdura! bo jesli uznamy, ze wybitnych i rewolucjnych zarazem plyt nie da sie wydawac ciagle (dwa-trzy razy chyba styka, hm?) i oczekujemy po prostu takiej, ktorej bedzie sie zajebiscie sluchalo, to „IR” wypada znacznie lepiej od „Hail to the thief”. chocby dlatego, ze jest to ich rzeczywiscie najprzystepniejszy material od dawien dawna. i moze to pogodzenie sie z melodia, przy jednoczesnym byciu bogatszym o experymentatorskie doswiadczenia doprowadzajace niemal na skraj tego, co w swiecie muzyki mozna osiagnac (cos jak Truman/Jim Carrey pod koniec filmu Weir’a, hehe), jest wlasnie w nim rewolucyjne? moze wlasnie za to bedziemy go pamietac, a nie troszke sciemniona rewolucje w sposobie dystrybucji muzyki? tej ostatniej kwestii nie bedziemy rozwijac, jednak chce przyuwazyc, ze plyta w normalnej formie jest naprawde sympatycznie wydana – uwielbiam taka interakcje ze sluchaczem.

dobra, ustalilismy juz, ze „In Rainbows” jest swietna plyta. chocby z zasady polegajacej na tym, ze skoro o kazdym kawalku da sie cos powiedziec, kazdy intryguje, to to musi byc przynajmniej dobra plyta. aranzacje, klasa wykonawcza, „wysmakowanie” calosci – wszystko to tu jest. ale jako ze i tak juz sporo napisalismy, tak wiec omowimy te 10 numerow na podstawie mniejszych, dwu-piosenkowych grup. zamiast 10 akapitow bedzie wiec tylko piec, huh. czasem wspolny mianownik bedzie naciagany, ale co tam. jedziemy:

„15 step”/”Videotape”. nie tylko dlatego, iz sa one umiejscowione po przegach zawartosci plyty. przede wszystkim sa to wg mnie najlepsze piosenki. a przy tym skrajnie rozne. pierwszy to klimat „Kid A”, „Idioteque” i takich tam. elektroniczny terror w rytmie, pozorny chaos, jakies wsamplowane dzieciaki, afera. a przy tym przyjemny motyw gitarki i calkiem wpadajaca w ucho melodia wokalu. „Videotape”, moj absolutny faworyt tej plyty, to zas w glownej mierze fortepianowa ballada, gdzie dopiero pod koniec niesmialo wkrada sie syntetyczny puls. no i tekst – akurat Yorke nigdy w tej dziedzinie jakims idolem nie byl, ale tu rozlozyl mnie na lopatki

„Bodysnatchers”/”Jigsaw Falling Into Place”. momenty, o ktorych anglojezyczni powiedzieliby ze sa „very rockish, indeed”. ten pierwszy w poczatkowych dwoch minutach to jakis Queens Of The Stone Age, kurcze no. jednostajny rytm, charakterystycznie motoryczny riff (bardziej przysypany elektronika niz stonerowym piachem, ale jednak), nawet wokal sie kojarzy. w drugiej minucie wchodzi klimat a’la „bardzo boli, jeszcze tego nie slychac, ale za chwile jekne tak z bolu ze sie nie pozbieracie”. i rzeczywiscie, nastepuje eksplozja, gdzie nawet wydarcie Thoma slychac w tle. „Jigsaw…” natomiast w swym rozpedzeniu i stopniowo rosnacym napieciu kojarzy mi sie z „Rearviewmirror”. wiem, dupne skojarzenie, ale nic na to nie poradze.

„Weird Fishes/Arpeggi”/”All I Need”. piosenki chyba najtrudniejsze. w tym sensie, by dostrzec ich piekno trza sie najbardziej natrudzic. ten pierwszy oparty jest na kapitalnej perkusji, zas w drugim grande finale nasuwa skojarzenie z tym, w jaki sposob z takimi kompozycjami rozprawiaja sie Sigur Ros

„Faust Arp”/”Reckoner”. tu jest bardzo lirycznie. choc tak na dobra sprawe w pierwszym poza skrzypkami za wiele nie ma i 2 minuty mijaja jak z bicza strzelil. „Reckoner” natomiast sprawia wrazenie piosenki, ktora moglabyc o wieeeele lepsza (choc i tak jest b. ladnie). choc akurat to jest znacznie wiekszym problemem paru innych piosenek, ktore psychofani RH znali z wczesniejszych wersji („Nude” pamieta jeszcze czasy „Ok Computer”).

„House Of Cards”/”Nude”. no i wlasnie, dochodzimy do najkonktrowersyjniejszych fragmentow najswiezszego dziela Radiohead. „HOF”, po odcedzeniu bajerow przewijajacych sie w drugim planie, to strasznie banalna piosenka. pewnie ze mila, pewnie ze dajaca chwile oddechu przed „Jigsaw’em”, ale fakt pozostaje faktem. natomiast „Nude” mnie najzywczajniej w swiecie odrzuca. przeslodzone to do granic obrzydliwosci, patetyczne, a przede wszystkim nijakie. no i te smyki, moj Boze! byc moze jest w tym drugie dno („hej, toc to Radiohead!”), ale wolalbym zajac sie pierdyliardem innych rzeczy niz sie go doszukiwac. i dlatego tez nie rozumiem, jak mogli dopusic do umieszczenia takiego kawalka na swej plycie. Thom, Johnny, gdzie mieliscie uszy?

okej, plyta jest „tylko” swietna. rewolucji na miare „Kid A” czy „Ok computer” nie ma. czy moglo byc inaczej? nie wiem. natomiast jesli ktos upatrywal w Radiohead nowych The Beatles, to „IR” powinno ostatecznie pozbawic go zludzen. Fab Four zaczynali od swietnych plyt by skonczyc na wybitnych, natomiast RH postepuja zgola odwrotnie. no chyba ze „IR” to ma byc ichniejsze „Let It Be”. czego oczywiscie bysmy sobie nie zyczyli zwazywszy na to, jak potoczyly sie losy liverpoolskiej czworki po tamtej plycie.

 

najlepszy moment: VIDEOTAPE

ocena: 8/10

Leave a Reply