rageman.pl
Muzyka

Sigur Ros – Untitled 1

rok wydania: 2003

wydawca: Fatcat

 

okej, przenosimy sie dzis z USA do mroznej Islandii, choc wciaz bedzie singlowo. czy moze bardziej EPkowo. dawno nie bylo o Sigur Ros tutaj, nieprawdaz?

wciaz uwazam Sigur Ros za jeden z ciekawszych i oryginalniejszych zespolow, jakie objawil nam sie w ostatnim dziesiecioleciu. pamietajac jednoczesnie, ze debiutancki „Von” wydany zostal w ’97, a przelomowy „Agaetis Byrjun” ukazal sie juz w ’99. jednakze to wlasnie w minionej dekadzie kariera islandczykow rozkrecila sie na dobre, w glownej mierze za sprawa wspomnianego „AB”, ktory podbijac zaczal zagraniczne rynki po roku milenijnym (do USA dotarl dopiero w ’01). przyznam, ze paradoksalnie powyzsze slowa pisze z bolem. a to dlatego, ze na wysokosci „AB” uznalem Sigur Ros za jeden z najwybitniejszych wykonawcow muzycznych w historii. tak bylo, wizualizacja SR stojacego w jednym rzedzie z The Beatles czy innym Milesem, przejecie paleczki (ekhm… niefortunne sformulowanie w kontekscie tego bandu, yeah, I know), itp itd. niestety (a moze i na szczescie, wszak plakanie przy Sigur Ros jest lame, jak wiadomo), entuzjastyczne me podejscie tracilo stopniowo na sile. wraz z kolejnymi wiosnami na mym koncie, ale przede wszystkim za sprawa poczynan samych Islandczykow. do dzis nie zblizyli sie do poziomu „AB”, nagrywajac plyty „zaledwie” bardzo dobre.

powaznym zawodem, nie tylko jako sofomor „AB”, ale w kontekscie calej dyskografii SR (wlacznie z plytami pozniejszymi) byly wydane (tym razem juz jednoczesnie na caly swiat) w ’02 „()”, zwane popularnie „Nawiasami”. po pierwsze, to co wczesniej zachwycalo – skrajnie emocjonalny falset („wokalny kamuflaz dziecka”, parafrazujac pewien film) Jonsi’ego, momentami zaczal nie tylko smieszyc, co wrecz draznic. ale okej, taki ma flow, trza przebolec. gorzej, ze dzwieki zaczely nuzyc. nawet nie chodzi o to, ze wiecej w tym trzymania sie kurczowego wlasnego stylu, wypracowanych patentow niz faktycznych innowacji. wszak trudno czepiac sie zespolu, ze nie chce zegnac sie ze stylem, ktory mozna nazwac autentycznie oryginalnym – przykladow zespolow, ktore postepuja podobnie, a ktore i tak ciesza sie uznaniem powaznych krytykow moznaby wymienic wystarczajaco wiele. no i jednak sa te modyfikacje, innowacje, poszukiwania, rowniez i na „()” – chocby takie, ze aranazacje, choc wciaz dajace sie nazwac „bogatymi”, to jednak nie przytlaczaja jak na „AB”, nie jest tak „szumnie”, szugejzowo niemalze, choc wciaz onirycznie. nie nie nie, nie w tym rzecz. rzecz wiec w tym, ze na „()” troche jakby za malo swietnych piosenek, a za duzo rzeczy, przy ktorych trudno usiedziec spokojnie i nie podtrzymywac sobie powiek. nierowna ta plyta jak cholera jest.

do ewidentnie pozytywnych fragmentow „Nawiasow” mozna zaliczyc track tytulowy dzisiejszego wydawnictwa, ktory owego longpleja otwiera. a ze piosenki na tamtej plycie nie zostaly opatrzone tytulami, tak powszechnie ow piesn zwana jest „Untitled 1”. o aranzacyjnym aspekcie mowa byla wczesniej, pod tym wzgledem numer sie nie wyroznia. brak jakiegokolwiek rytmu, rzadzi pianino spowite ambientowymi pohukowaniami i skrzypeczkami. w nastroju jest to natomiast jeden z bardziej podnioslych fragmentow trzeciej plyty Islandczykow. elegia niemalze, choc w sumie na swoj przewortny (?) sposob optymistyczna. bardzo, bardzo mi sie podoba.

ciezko mi wystawic jednak rownie pozytywna note pozostalej zawartosci audio dysku. track spod indeksu drugiego w poczatkowym zamierzeniu mial byc „remixem” poprzednika, ewoulowal jednak w pien calkowicie autonomiczna. teoretycznie. bo praktycznie to dla mnie przypadkowy splot dzwiekow. jeden z tych, przy ktorym mozna sie nabrac, ze wciaz obcujemy ze Sztuka. o wiele sympatyczniej wypada piesn numer trzy (na ow EPce tez nikt sie nie pofatygowal o tytuly). niby tez wiekszego sensu tu nie ma, ale przynajmniej zwracaja uwage poszczegolne partie. jak pianinko czy poczatkowe popiskiwanie (wciaz to Jonsi?). zamykajacy stawke utwor to natomiast rzecz, ktora sluzy(la) zespolowi przed i po koncertach do budowania atmosfery. i naprawde, ciezko sie tu doszukac czegos wiecej.

tyle o zawartosci audio. bo otrzymujemy jeszcze dodatkowo dysk dvd, z trzema klipami. do „Untitled 1” (dzieci bawiaca sie w postnuklearnej rzeczywistosci), „Viorar vel til loftarasa” (o dwoch takich, co sie w bardzo mlodym wieku w sobie zakochali) i „Svefn-g-englar” (grupa osob z zespolem Downa przebrana za anioly). juz sam lakoniczny opis daje do zrozumienia, ze lekko nie bedzie. i chociaz momentami jedzie to w nachalny wrecz sposob po emocjach, to jednak werdykt jest taki, ze sa to male dziela sztuki. i tyle.

forma wydania (dvd, a takze dosc osobliwe opakowanie), jak i sam numer tytulowy zesluguje na ocene o polowe wieksza. bierzemy jednak pod uwage srednia ocen, jaka moznoaby wystawic kazdemu numerowi z osobna. a takze to, jak EPka sie prezentuje na tle pozostalych wydawnictw zespolu. no i wychodzi cyferka znajdujaca sie miedzy szostka i osemka.

 

najlepszy moment: UNTITLED 1

ocena: 7/10

Leave a Reply