rageman.pl
Muzyka

Sarah Vaughan – Sarah Vaughan

MI0002491296rok wydania: 2006

wydawca: Vintage Vinyl

 

dzis znow o Pani spiewajacej standardy amerykanskiej muzyki. choc akurat Sarah Vaughan, bo o niej mowa, sama w sobie stanowi standard.

choc to klasa Elli Fitzgerald czy Billie Holiday, nie jest to niestety wokalistka tak popularna jak jej kolezanki po fachu, przynajmniej po naszej europejskiej stronie globu. malo kto w towrzyskich rozmowkach o muzyce powoluje sie na nazwisko zmarlej w 1990 roku wokalistki, a i w prasie muzycznej tez nie pojawia sie ono nadzwyczaj czesto. przydalby sie jakis film biograficzny, moze wtedy…

okej, ale zajmijmy sie tym co tu i teraz. sam nie zamierzam zgrywac eksperta w temacie tej Pani – dopiero sie w niego wgryzam. tym ciezej mi mowic o tym skladaku w kontekscie (dosc obfitej) dyskografii pani Vaughan. z racji jego praktycznie minimalnej dostepnosci na rynku trudno uznac go za pozycje obowiazkowa dla kazdego kielkujacego fana SV. ale jesli postawimy sprawe w sposob nastepujacy: Czy ta kolekcja pozwala zrozumiec fenomen i pokochac tworczosc Sary Vaighan? – odpowiedz jest stuprocentowo twierdzaca. 30 utworow, co utwor to piekniejsza interpretacja, a i nierzadko poszukiwacze popowych hookow znajda cos dla siebie. przy okazji mozna dokonac malego odkrycia, ze nie samymi Gershwinami meloman zyje i Ameryka miala od groma swietnych piosenkopisarzy jak Frank Loesser, Cole Porter, Vernon Duke, Irving Berlin… magia takich nazw jak Great American Songbook czy Tin Pan Alley coraz bardziej mnie przyciaga i czuje ze kieys totalnie mi odbije i poswiece reszte zycia na przestudiowanie tematu.

wlasnie, skoro mowa o zamierzchlych czasach – jest jeszcze spory atut tych nagran, a wlasciwie omawianego dzis ich wydania. najkrocej rzecz ujmujac: Estetyka. pewnie, nic nie zastapiu prawdziwego winyla, ale to opakowanie… to brzmienie… no czysta Magia. pewnie, komus przyzwyczajonemu do jakosci dzisiejszych nagran, tym ktorzy nawet nie dostrzegaja ze muzyka w ramach „loudness war” jest coraz glosniej nagrywana, moglaby przy pierwszym odsluchu tych dwoch plyt eksplodowac glowa. ale kurcze, my tu mowimy o nagranach z pierwszej polowy XX wieku, kiedy jeszcze nikt nie snil nawet o mozliwosciach jakie mieli The Beatles czy Miles Davis. i, nie bede ukrywac, oldskulowosc tych nagran (w takim „Sometimes I Feel Like A Motherless Child” slychac nawet trzask winyla, o ja cieeeeeee) tez w sporej mierze wplynal na ocene calosci.

czuje ze czas zakupu gramofonu zbliza sie nieuchronnie.

 

najlepszy moment: MAKE YOURSELF COMFORTABLE

ocena: 8/10

Leave a Reply