Madonna – Ray Of Light
wydawca: Maverick
coz, znow przerwa w rozgrywach Mundialowych, wiec tymczasowo wracamy do tematu Muzyki. odpalamy glosniki na caly regulator, by zagluszyc dobiegajace z telewizora farmazony Bronka, ktory szczesliwie z Gajowego awansowal na Prezydenta. ah, gdyby zamiast mysliwego i frustrata zechciala na Prezydenta Polski kandydowac Madonna…
a nadawalaby sie. az dziw, ze dopiero teraz zajmujemy sie jej osoba. oczywiscie jedna notka, nawet Najdluzsza W Historii Tego Bloga, nie wyczerpalaby tematu. darujmy sobie wyklady na temat jej wplywu na fonografie, na popkulture, a nawet i na, hmmm, gatunek ludzki – tym wszystkim juz zajelo sie wiele Madrych Glow i nic tu odkrywczego nie dodam. zreszta zamiast pytania „co ona takiego zrobila dla popkultury?” logiczniejszym byloby zadanie takowego – „jak ona to zrobila?”. majac wlasciwie znikomy talent wokalny, piosenkopisarski, teksciarski, ani nie bedac tez przesadnie ladna (choc paradoks jest taki, ze na ten ostatni aspekt zwracamy uwage u wykonawcow wlasnie dzieki niej)? to chyba jest glowna skladowa niesamowitosci Madonny – kobieta, ktorej predyspozycje powinny trzymac ja z daleka od swiata Muzyki, jest tejze Muzyki chodzaca Legenda. Produkt, ktory sam sie zrodzil w ejtisowym Chaosie, sam wyszedl z fabryki, wymyslil sobie plan marketingowy, nawet sam sie opakowal i umiescil na polce. Artystka, ktorej Talent okazal sie niepotrzebny by tworzyc Sztuke. reprezentacja San Marino, ktora zgarnela Puchar Swiata i od tego czasu wciaz jest wymieniana w gronie faworytow pilkarskich, nawet jesli wciaz graja w niej kelnerzy i bankowcy.
na czym polega geniusz Madonny, dlaczego powinna jednak zostac Krolowa Polski? z braku laku ujmijmy to jednym pojeciem – Zmysl. biznesowy? nie do konca. pomimo iz Madonna raczej nie zbiegiem okolicznosci dorobila sie wlasnej wytworni i tych paru zlotych na parunastu kontach, to jednak poczytuje ja za jeden z symboli minionej juz epoki w Pop-Historii, gdzie mainstreamowa wartosc gwiazd mierzono w nakladach sprzedanych plyt, a nie miejscem w rankingu Forbesa. nawet jesli w znacznej mierze jedno w znacznej mierze wynikalo z drugiego. minionej epoki kiedy – i wiem, to jest bardzo naiwne myslenie, no ale coz poradze – w muzyce nie myslono tak bardzo o pieniadzach.
skoro wiec nie zmysl biznesowy to jaki? hmmmm, ujmijmy to w ten sposob: nieraz mozna natrafic w dyskusjach nt Muzyki, ze dany tworca „trzyma reke na pulsie”. gdyby Wikipedia miala na swych stronach wyjasnienie tego hasla, zamiast opisu wystarczyloby zapodac notke biograficzna Madonny lub po prostu sample z jej plyt. Madonna wie czego *się* slucha, co *się* sprzedaje i z kim sie zadawac. to mozna zaklasyfikowac jako talent, jesli nie jedyny to przynajmniej najwiekszy. niestety, nie wieczny – plyt Madonny z ostatniego dziesieciolecia nie da sie sluchac, choc pracowali przy nich Mirwais czy The Neptunes, co stanowi dowod znanej wszem i wobec teorii, ze „naziwska nie graja”. choc moze problem plyt takich jak „American Life” czy „Hard Candy” nie jest dobor wspolpracownikow a to, ze nie udalo sie z nich wykrzesac dobrych piosenek. tak jak zaproszenie do wspolpracy Nile’a Rodgersa nie musialo byc gwarancja zajebistosci „Like A Virgin”. a jednak wtedy sie udawalo. i kazda kolejna plyta Madonny z lat 80tych byla kopalnia przebojow ktorymi moznaby obdzielic cala dyskografie dzisiejszej sceny muzycznej.
w latach 90tych juz bywalo z tym roznie. o bossostwie „Into The Groove” czy „Like A Prayer” dyskutowac nawet nie ma sensu – kto dissuje te kawalki nie ma Boga w sercu, a Dobra Melodia najwyrazniej tez mu niemila. jesli jednak chodzi o „Take A Bow”, „Vogue” czy, hmmmmm, „Don’t Cry For Me Argentina” – noooo, tu kwestia otwarta. oczywiscie nie mam problemu z tym, ze i ten etap dyskografii Madonny ma swoich (psycho)fanow. u mnie niestety w pierwszej kolejnosci kojarzy sie on z wizerunkowym przegieciem, odstreczajacym od Muzyki w rownym stopniu, co dlugie hery i rycerski sztafaz w heavy metalu. dlatego, zwlaszcza w tym kontekscie, poczytuje „Ray Of Light” za wielki comeback. powrot do swiata Konkretu Muzycznego, ktory – jak sie pozniej okazalo – okazal sie Madonny labedzim spiewem.
i jesli chodzi o „Ray Of Light”, to jestem w stanie zaakceptowac fakt, ze dla wielu osob jest to jedno przepotezne, 67minutowe wiele-halasu-o-nic. nie jestem w stanie uzasadnic, dlaczego ta plyta czyms sie jakosciowo rozni od „Music” chociazby. ba, nawet boje sie powiedziec na glos, ze dla mnie w wymiarze longplejowym to chyba najwybitniejsze jednak dokonanie Madonny, bo trzebaby jakos zgrabnie sie z tego wytlumaczyc. a nie potrafie.
bo co, ze William Orbit za konsoleta? facet nie ma przed nazwiskiem tytulu Magistra Geniusza Producenckiego, choc taka Blur’owa „13” calkiem by sie nadawala na obrone tytulu. Patrick Leonard? ale ten osobnik u Madonny to nikt nowy, zreszta do „ROL” dolozyl tylko pare groszy, podobnie jak Marius De Vries (inna sprawa, ze to pare porzadncyh groszy – „Frozen” czy „The Power Of Goodbye”). zreszta sam musze przyznac, ze ta futurystyczna produkcja czasem sprowadza piosenki na mielizny, czego najlepszym dowodem track tytulowy. tak wiem, mozliwa opcja strzalu w stope, bo przeciez to najbardziej oslawiona piosenka z plyty. ale dla mnie za duzo pseudoprzegietej wixy w niej, a za malo czegos co naprawde ruszaloby nogami i receptorami sluchu.
moze wiec chodzi o Klimat? tak, to chyba rzeczywiscie ten klimat. nie trzeba miec nic wspolnego z Kabala czy jakakolwiek religia by odebrac ten album jako dzwiekowe swiadectwo celebracji zycia, euforii zwiazanej z samym stapaniem po ziemi, moze nawet powtornych narodzin. pewnie, czytajac towarzyszace promocji materialu wywiady mozna bylo odniesc wrazenie, ze Madonna pobiera nauki u tego samego dilera co Stachursky nagrywajacy „2009”. ale co ja na to poradze, ze taki „Nothing really matters” rozklada mnie w rownym stopniu co „Jam jest 444”. z ta roznica, ze ten pierwszy naprawde jest dobrym trackiem, aranzacyjnym palce-lizac’owcem, no i najlepszym dowodem na to, ze lekcje wokalne, jakie Madonna pobrala przy okazji krecenia „Evity” najbardziej przysluzyly sie wlasnie plycie „ROL”.
zreszta, jak kazda dobra produkcja pop, singlami ta plyta stoi (pominawszy rzecz jasna numer tytulowy, choc on sie za to przysluzyl plycie najlepiej pod komercyjnym wzgledem). choc „Frozen” – banal mode on – brzmi chyba z calej plyty najmniej singlowo. no bo jak to tak, z takim orientalnym polamaniem bitu, wokalnymi frykasami i niezauwazalna granica miedzy zwrotkami i refrenem? a jednak. w polaczeniu z Cunninghamowym teledyskiem – Klasyk czystej wody, kocham miloscia nieskonczona. i tu apel do wszystkim rockmanow-coverowcow, ktorzy z calej dyskografii Madonny upatrzyli sobie ten akurat numer – dajcie spokoj, nie szargajcie dobrego imienia Krolowej. „The Power Of Goodbye”, gdyby nie aranzacja, bylby najzwyczajniejszym popowym lovesongiem, kotry moglby sie znalezc w repertuarze chocby takiej Celine Dion, z kotra Madonna w momencie wydania „ROL” walczyla o pierwsze miejsce na liscie Billboardu.
wskazmy jednak jeszcze tracki, ktorych bez zakupu „Ray Of Light” raczej szans zapoznac nie ma. „Shanti/Ashtangi”, za sprawa tekstu ulubiony numer wszystkich joginow na swiecie. „Swim”, z ultraprzyjemnie przycinajaca gitarka. zwiewny, a jednoczesnie jakistaki dolujacy „To Have And Not To Hold”, epilogujacy w jakims stopniu poprzedzajacy go na plycie „The Power Of Goodbye”.
tak, warto znac ten album.
najlepszy moment: FROZEN
ocena: 8,5/10

