Diana Krall – The Very Best Of Diana Krall
wydawca: Verve
niespodzianka! jako ze Mundial 2010 sobie zrobil przerwe, tak i my odpocznijmy troche od pilki noznej. i znow pogadajmy o Muzyce, na dodatek artystki dobrze nam znanej.
„bardzo najwieksze hity”. nic dodac nic ujac? zakladajac ze w kontekscie muzyki jazzowej – nawet tej z solidnym szlifem popowym – mozna mowic o hitach, to rzeczywiscie jest tu wszystko, czym Krall dala sie zapamietac szerszej publice i co rzadzi w last.fm’owych statystykach sluchaczy tej Pani. czyli przede wszystkim te opracowania standardow panow pokroju m.in. Gershwin, Bacharacha czy Berlina, , ktore dzieki Kanadyjce zyskaly drugie (badz po prostu kolejne) zycie. jak „I’ve got you under my skin”, „Let’s fall in love” czy przede wszystkim „The Look Of Love”. kompozycje z albumu, ktoremu tytul dal ostatni z tych utworow, jest na skladaku najwiecej, choc poza tym jest „demokratyczny” podzial. no, prawie – nie wiedziec czemu zabraklo tu zupelnie piosenek z pierwszych dwoch albumow pani Krall, „Stepping out” i „Only trust your heart”. tudziez inaczej – czy jest jakis inny powod niz to, ze owe albumy zostaly wydane przez byly label Krall… sa tez utwory wczesniej niepublikowane, jak „You go to my head” czy „Only The Lonely”, z sesji do wspomnianego „The Look…”, a takze dwa tracki z koncertowki „Live In Paris”.
przyznam szczerze, ze raczej nie jest to album, ktory polecilbym tym rozpoczynajacym przygode z muzyka Krallownej. pomijajac fakt, ze to skladak – czyli w kontekscie wiekszosci artystow muzycznego globu instytucja zbedna. rzecz w tym, iz jak na moj gust Krall jest jednym z nielicznych osob swiata muzyki z, nazwijmy to, „opoznionym zaplonem”. zarowno pod wzgledem komercyjnym, jak i artystycznym jej najlepszy czas przyszedl po, bagatela, 10 latach dzialalnosci. czego najlepszymi dowodami wydany niedawno „Quiet Nights”, a jesli chodzi o to co z „The Very Best…”: tracki z „The Look Of Love”, ale przede wszystkim z jedynego reprezentanta „The Girl In The Other Room”, „The heart of saturday night”. o tyle nietypowy, ze w oryginale wykonywany przez Toma Waitsa. i nie ujmujac nic geniuszom piosenkopisarstwa sprzed dekad – chyba w wiekszym urozmaiceniu repertuaru (bo raczej nie aranzacji, choc i tu mozna natrafic na mile niespodzianki) tkwi ten spozniony sukces Diany. na pewno tez znaczaca okazala sie kompozycyjna pomoc Elvisa Costello, prywatnie drugiej polowki pani Krall.
i tu mozemy plynnie przejsc do bonusowego dvd, dolaczonego w ramach deluxe edition. na nim rzadzi repertuar z „The Girl…”. w wykonaniu koncertowym – choc mowa tu o „domowym wystepie”, bez udzialu publiki – jak i teledyskowym. wlasnie, teledyski. przyznam ze bardzo pomagaja w odbiorze muzyki Krall. z prostego, troszeczkie szownistycznego powodu – Diana Krall to calkiem fajna laska. zadna klasyczna pieknosc, pare aspektow mogloby nawet odrzucic czytelnikow Playboy’a, ale dla mnie typiara jest cudna i tyle. co widac najbardziej w najciekawszym zarazem (zbieznosc faktow przypadkowa oczywiscie) „”Let’s face the music and dance”. elegancka impreza, mnostwo par i tylko Diana jakas taka samotna, pomimo szalowej sukienki. eh, a ja musze siedziec akurat w Gdansku… ciekawy tez jest „The Look Of Love”, gdzie Diana spiewa do nas z dopiero co przyklejanych na sciany plakatow. niewiele zas da sie powiedziec o klipach promocyjnych z „The Girl…”, czyli „Narrow daylight” i „Almost Blue”. ot, takie jesienne obrazki domowej roboty z Diana w roli glownej. nie zdziwilbym sie, gdyby ich rezyserem okazal sie maz pani Krall.
najlepszy moment: LET’S FACE THE MUSIC AND DANCE
ocena: 7/10

