Run DMC – Raising Hell
rok wydania: 1986
wydawca: Profile Records
elo dzieciarnia. postanowilem troszke znormalniec i wrocic do bardziej wspolczesnej nuty. chociaz w klasycznym wydaniu. dzis o Run DMC.
znacie? pewnie ze znacie! „Walk This Way”, klasyczne polaczenie rapu z rockiem, to wlasnie kawalek stad. moze nie pionierski dla swiata numer, ale dla mainstreamu na pewno tak. eh, dalo sie wtedy jeszcze aerosmith sluchac… a pamietacie teledysk? cudo.
ale to nie jedyny tak swietny numer na tej plycie. caly bajer tego albumu polega na tym, ze jest to ESENSJA OLDSCHOOLOWEGO RAPU. dokladnie tak. wzruszam sie przy tym albumie, autentyk. ’86 rok. nie chodzilo o hity dla mtv, o zebranie jak najwiekszej ilosci celebrytow na albumie. album to byl album, a nie pare singli i reszta wypelniaczy. dla dzisiejszych sluchaczy „rapu” ten album to moze byc straszna nuda. no bo co to jest – dwoch kolesi nawija tylko, zadnych hookow, jakies skrecze w co drugim kawalku, a odpowiedzialnosc za rytm spada na programowana twarda stope. no i jeszcze te gitary w tytulowym kawalku na przyklad. „fuj”. tak, fani akona i 50 centa nie docenia. cala reszta otwarta na prawdziwe jaja w muzyce, energie i przekaz – jak najbardziej. bo inna sprawa, ze ci kolesie mieli o czym rapowac. to nie zydowskie dzieciaki z dobrych domow, a prawdziwe czarnuchy, ktore niejeden gangsterski chleb jadly. porownuje do beastie boys nieprzypadkowo, bo run dmc to w pewnym stopniu tez odkrycie ricka rubina. ’86 to byly czasy, kiedy nie robil gladkich jak pupcia niemowlecia produkcji dla metalliki czy slipknota, a odpowiadal za sound polowy oldskulowego rapu, a z drugiej strony zadawal sie z prawdziwymi mordercami ze slayera. chociaz rowniez na plytach raperow slychac bylo, ze ciagnie go do gitar. „raising hell” jest przesycony rockowymi wstawkami, samplami tego gatunku itepe itede. idealny dowod, dlaczego fani rocka wypowiadajac sie o rapie odwoluja sie przede wszystkim do oldschoola. run dmc ulubiony zespol bialych, ale tez nwa, public enemy, ll cool j… yeah. ja tez uwielbiam ten klimat, nie bede ukrywal.
posluchajcie absolutnie-kurwa-kozackiego „It’s Tricky”, opartego na kapitalnym samplu gitarowym, z refrenem kojarzacym sie z evergreenowym „Mickey”. albo „You Be Illin”, z kapitalnym klawiszowym bassem i trabeczka? a hymn dla ulubionej obuwniczej marki „My Adidas”? albo „Dumb Girl”. albo nietypowo wyprodukowanego „Perfection”. albo…
absolutna klasyka, ziomus.no i wiadomo – RIP Jam Master Jay.
najlepszy moment: IT’S TRICKY
ocena: 9/10