Run-D.M.C. – King Of Rock
rok wydania: 1985 (reedycja: 2009)
wydawca: Profile
5 lat bez Królów Rapu na tym blogu! Nadrabiamy.
Pewnym przyczynkiem do wpisu jest śmigająca ostatnimi czasy po telewizjach reklama Adidasa, w której występują autorzy „Raising Hell”. Pierwszy raz widząc tę skądinąd sympatyczną reklamę ucieszyłem się, że świat wciąż o nich pamięta, że może nawet doczekamy się jakiegoś lekkiego revivalu. Po czym zamroczyła mnie przygnębiająca świadomość, że przecież 3/4 współczesnej młodzieży prawdopodobnie nawet nie kojarzy któż zacz, skąd w tej reklamie obecność „sympatycznych czarnych dziadków w dresach”. Przeokrutnie dobija mnie to, że historia muzyki z mało którymi legendami gatunku tak niełaskawie się obchodzi jak w przypadku rapu. Public Enemy zbierają kasę od fanów na nagranie nowej płyty (i wciąż mają niewystarczającą sumę!), Ice-T dziś kojarzony jest niemal wyłącznie jako aktor, po LL Cool J ani widu ani słychu. A pamięta ktoś Sugarhill Gang? Grandmastar Flash & The Furious Five? Kool Moe Dee? Nawet Run D.M.C., beneficjenci najwyższych uznań tak od publiki jak krytyków, muszą godzić się z przykrymi sytuacjami pokroju tej z wprowadzenia ich do Rock And Roll Hall Of Fame, podczas którego większe poruszenie wśród publiki wywołał zapowiadający ich Eminem. Byśmy się źle nie zrozumieli – nie chodzi o to, byśmy stawiali ponad dzisiejszych wykonawców wszystko to, co opatrzone jest łatką „old school”. Trzeba jednak pamiętać i szanować tych, którzy to wszystko zaczęli.
„King Of Rock” był już drugim albumem zespołu, jednak po części był to nowy początek zespołu. To na tym albumie uczynili z połączenia hiphopowego bitu i rockowej gitary swój trademarkowy patent, który już zawsze w pierwszej kolejności będzie z nimi kojarzony, niezależnie od aktualnego komercyjnego statusu. To na tym albumie osiągnęli brzmienie, dzięki któremu tytuł płyty nie brzmi zupełnie od czapy, a które na „Raising Hell” Rubin „tylko” doprowadził do perfekcji. I, co warto podkreślać przy każdej dogodnej okazji, wymagało znacznie większej wyobraźni niż współczesnym adwersarzom rap-metalu może się wydawać. Nie chodzi jedynie o pionierstwo: może na tle dzisiejszych produkcji podkłady z tego albumu rzeczywiście sprawiają wrażenie prostych, może nawet prostackich, ale właśnie – to tylko wrażenie. Weźmy utwór tytułowy – wymiata tu nie tylko gitara, grająca pod koniec całkiem okazałe solo, ale także całkiem czujny rytm, nie mający nic wspólnego z brutalnością twardej „stopy”. Albo następny „You Talk Too Much” – tu nawet radzą sobie bez gitar, powierzając pierwszoplanową rolę bujającemu basowi i, ekhm, syntezatorom. A jednak nikt nie może mieć wątpliwości – także przy tych dźwiękach hartowała się raprockowa stal.
To na „King Of Rock” znalazła się pierwsza kolaboracja zespołu z wykonawcą z innej bajki. Nie tak osławiona jak „Walk This Way”, bo Yellowman to też nie poziom popularności Aerosmith, ale zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Tym bardziej, że nie chodzi tu o raprockową koprodukcję, a unikalne w dyskografii zespołu inkorporowanie pierwiastka… reggae.
Dodajmy jeszcze przerzucanie się mikrofonem w obrębie jednej linijki, które będzie brzmiało przekozacko nawet wtedy, kiedy będziemy na weekend wylatywać do innych galaktyk i wychodzi nam rapowy klasyk, który trzeba znać. Trochę niżej oceniony niż „Rasing Hell”, bo pozbawiony tak klasycznych pozycji jak „It’s Tricky” czy „My Adidas”. Choć taki „Can You Rock It Like This” zmiata na luzaku połowę playlist wspólczesnych hiphopowych stacji…
W ramach bonusa do reedycji – cztery kawałki. Na początek „Slow And Low” w wersji demo. Tak, dobrze kojarzycie – mówimy o kawałku, który ostatecznie po odstąpieniu przez Run’a i spółkę znalazł się na debiucie Beastie Boys. I chyba słusznie – trio z Brooklynu nadrobiło lekką monotonię tego podkładu energią swych wokali, której zabrakło w wersji Run DMC. Także „Together Forever” nawet w tej alternatywnej (ściemniony „live” z doklejonymi odgłosami publiki) wersji, na tle właściwego programu płyty, brzmi jakoś tak bez większego kopa. Co innego „Jam-Master Jammin”, w singlowej wersji z ponownie dograną gitarą, tym razem w wykonaniu samego Rick Rubina. Moc! Na koniec „King Of Rock” w wersji z Live Aid. Rzecz istotna bardziej ze względu na historię (trio było jedynym rapowym wykonawcą podczas tego legendarnego eventu) aniżeli jakość.
najlepszy moment: CAN YOU ROCK IT LIKE THIS
ocena: 8/10