ABBA – The Visitors
rok wydania: 1981 (reedycja: 2001)
wydawca: Polar
To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść.
Fajnie, że Kuba Sienkiewicz takie ostateczne rzeczy potrafi (potrafił?) ubrać w tak beztroskie, zdystansowane dźwięki. Na szczęście muzycy Abby nie potrafili, dzięki czemu ich ostatni album jest zarazem ich… najmroczniejszym. I co prawdopodobnie idzie z tym w parze – najbardziej ambitnym.
Nie, nie zapomniałem o ultra-przebojowości „ABBA” i „Arrival”. A biorąc pod uwagę fakt, iż ich przeznaczeniem w historii Muzyki było dostarczenie kapitalnych pop-szlagierów, to właśnie na tych dwóch albumach w największym stopniu wypełnili swoją misję. Trzeba jednak ugiąć się w pas przed tym, czego Benny z Bjornem, jako kompozytorzy i producenci, dokonali na „The Visitors”. Bo to tym albumem właśnie ustawili całym pokoleniom krytyków muzycznych – czy też po prostu pasjonatów – jedyną słuszną perspektywę na swą artystyczną spuściznę, w której kicz, o ile obecny, jest jedynie niezobowiązującym dodatkiem do całokształtu, a nie esencjonalnym wyznacznikiem jakości. Innymi, prostszymi słowy – ci Szwedzi to byli geniusze popowego songwriterstwa, którzy potrafili odnaleźć się w każdej konwencji – zarówno tej bliższej Boney M, jak i tej, która każe stawiać ich albumy obok dzieł Beach Boys czy też The Beatles.
A może nawet… Pink Floyd. He? No to proszę, indeks pierwszy, utwór tytułowy. Ok, syntezatorowy sos jest typowo ejtisowej produkcji, zatem możemy się powołać co najwyżej na „Momentary Lapse Of Reason”, ale nie ma wątpliwości – ktoś ewidentnie z tej szwedzkiej ekipy miał kontakt z progrockiem. Co potęguje odpowiednio przetworzony, orientalizujący głos, unikalny w skali całej dyskografii zespołu. Szokujące.
No chyba, że założymy, że zespół mający na koncie niejeden flirt z glam rockiem a nawet hard rockiem prędzej czy później musiał sięgnąć po progresję. Ale o tym, że chodzi o poszukiwania na niespotykaną wcześniej skalę a nie li jedynie nadrabianie zaległości przekonuje kolejny na liście „Head Over Heels”. O ile muzycznie nie jest to aż tak odmienna rzecz, tak już pod względem wokalu panie nigdy nie były tak blisko… jazzu. Może nie aż tak, by obwiniać je za zainspirowanie Diany Krall i jej koleżanek, ale jednak lekka konsternacja się pojawia przy odsłuchu.
Co ja gadam – cały album to konsternacja. „Soldiers”, choć w tradycyjnie Abbowy sposób balladowy, napędzany jest perkusją tytułowo żołnierską. „Let The Music Speak” to kolejna próba zbliżenia się do jądra musicalowej ciemności, tym razem chyba najbliższa powodzenia z wszystkich dotychczasowych. „Two For The Price Of One” to dawno niesłyszany na albumach Szwedów moment, kiedy wokalną pałeczkę przejmuję męska frakcja kapeli. Biorąc pod uwagę podstępującą sofistykację kompozycji i produkcji, można pokusić się nawet o porównanie do Steely Dan. Z drugiej strony mamy zaś wieńczący całość „Like An Angel Passing Through My Window”, dzięki melodii wybrzmiewającej z pozytywki mający kołysankowy klimat, potęgowany zresztą przez śpiew – po raz pierwszy w historii zespołu należący na całej rozciągłości piosenki do jednej osoby (w tym wypadku do Fridy).
Ok, fajnie że płyta wymiata pod względem zróżnicowania produkcji, aranżacji, nastrojów, ale… Rozwiewamy wątpliwości na starcie – z całej płyty do późniejszych best of’ów załapuje się jedynie „One Of Us” (skądinąd świetny, z rejonów „Knowing Me Knowing You”), a i też ledwo-ledwo. Ten zespół naprodukował się jednak tyle hitów, że jak mało który zespół na świecie zasłużył na to, by wreszcie na albumie „przyeksperymentować”. I wypada się tylko cieszyć, że wychodzi z tej próby w pełni zwycięsko.
Album broni się w swej podstawowej wersji, koniecznością jest jednak odnotowanie dorzuconych do reedycji bonusów. Ze względu na pokaźną (4 pełnokrwiste utworu) liczbę, ale przede wszystkim z powodu jakości. No i okoliczności powstania – mówimy tu o utworach tworzonych na potrzeby nowej, nigdy nie wydanej płyty. Możemy więc wyłowić z nich całkiem wyraźny obraz tego, w jakim kierunku poszedłby zespół. Co tu dużo mówić – może komercyjnie najlepsze lata mieliby za sobą, ale pod względem artystycznym bylibyśmy świadkami wspięcia się na level na podobny sposób, w jaki zrobili to Fab Four na „Revolverze”. „Under Attack” to wprawdzie kolejny popowy strzał w sam środek tarczy, ale produkcja zapowiada nurt bubblegum popu, jakiego królową zostanie w tym czasie Madonna. Z „The Day Before You Came” nie ma już absolutnie żadnych żartów – za analizę tego utworu zabrali się wszyscy – od krytyków, poprzez muzykologów, na branży literackiej kończąc. „Najsmutniejszy popowy utwór świata”, jak zwykło się o nim mówić, to 6 minut syntezatorowego transu, inkrustowanego rozbrajającymi motywami wygrywanymi przez np flety,a przede wszystkim „chóralnymi” wokalizami Fridy. No i ten tekst – absolutne wyżyny możliwości Bjorna. Co tu dużo mówić – wymietliby. Szkoda, że nie dali sobie tej szansy.
najlepszy moment: THE DAY BEFORE YOU CAME
ocena: 8,5/10