Robert Plant – Dreamland
rok wydania: 2002
wydawca: Mercury
Ciężko nie skonstatować, iż solowej kariery Roberta Planta nie da się postawić w jednym rzędzie z tymi poczynionymi przez Stinga, Phila Collinsa czy Ozzy’ego Osbourne’a. Trudno wyzbyć się wrażenia, że pomimo pewnych sukcesów tak artystycznych, jak i komercyjnych, te jego albumy były raczej dziełem przypadku, kaprysu aniżeli przystankami na świadomie podążanej drodze artystycznej. A może to legenda Led Zeppelin jest zbyt wielka, by móc poczynania jego byłych członków oceniać bez jakiegokolwiek balastu? Bądź co bądź, The Police, Genesis czy nawet Black Sabbath to nie są aż tak potężne marki co Led Zep.
Tak jak wspominaliśmy przy recenzji „Walking Into Clarksdale”, po nagraniu tego albumu Plant postanowił podziękować Page’owi za ponowną współpracę i uderzył we własnym kierunku. Skołował ekipę, wśród której znajdziemy muzyków m.in. The Cure czy Portishead, i w ’02 sklecili album o tytule „Dreamland”. Całkiem sympatyczna, nawet jeśli – znów – nie ociera się choćby to o wybitność płyt popełnionych przez Planta w latach 70tych.
Sednem albumu są covery, będące tu w większości. Wspólny mianownik? Starocie, poza paroma wyjątkami dość zapomniane, których tytuły mogły wylecieć z głowy nawet Twoim rodzicom (zakładając, że zamiast w Czerwonych Gitarach zasłuchiwali się w amerykańskim bluesie i rock and rollu). Wśród tych wyjątków jest genialna interpretacja „Hey Joe”. Przyznam szczerze, że z licznych coverów tego kawałka znam tylko tę popełnioną przez Hendrixa, ale przypuszczam, że i na ich tle to co zrobił Plant jest unikalne. Niepokojąca, przerażająca wręcz atmosfera (moim zdaniem zdecydowanie bardziej adekwatna do tekstu niż aranżacja Hendrixa), napędzana noisową pracą gitar, w pewnym momencie wpadającą w najprawdziwszą ścianę dźwięku. Czysty Odlot, Psze Państwa. I chyba, tak prawdę powiedziawszy, jedyny naprawdę świetny fragment płyty.
Choć drugi z wyjątków – „Song To The Siren” – też daje radę i nie bezcześci pamięci autora oryginału, Jeffa Buckley’a. Co więcej, udało się uchwycić trochę tej onirycznej atmosfery, którą tak cudownie jest przesiąknięta interpretacja This Mortal Coil. Sennym, leniwym tropem podąża też singlowy „Morning Dew”. Pamiętam, że kiedy te 10 lat temu zobaczyłem pierwszy raz klip do tegoż kawałka, myślałem że zasnę przed telewizorem, choć pora była popołudniowa. Patrz, jak perspektywa jednak może się zmienić…
Co jeszcze? „Darkness Darkness” brzmi dość… mrocznie. „One More Cup Of Coffee” intryguje wokalem Planta. „Skip’s Song” ma coś z atmosfery Led Zeppelinowego „Thank You”. Choć jeśli ktoś szuka nawiązań do tamtej kapeli, to w pierwszej kolejności powinien zwrócić na autorskie kawałki, które też się tu znalazły. Przede wszystkim „Red Dress”, z brzmieniem wyjętym wprost z „Dwójki”. „Last Time I Saw Her” też ma kopa co niemiara. A że nie ma tu TEJ Gitary? Cóż… To se ne vrati.
Pomimo braku wszelkich znamion wybitności – całkiem niezłe wejście Planta w nowe tysiąclecie.
najlepszy moment: HEY JOE
ocena: 7,5/10