Havalina Rail Co. – We Remember Anarchy
wydawca: DIY
Musisz być niezłym desperatem, jeśli w taką pogodę czytasz tego bloga. Niemniej doceniam, dlatego wypada poświęcić Ci chwilę i coś skrobnąć.
Na szczęście nie będzie dziś za dużo czytania, bo i nie ma za bardzo o czym pisać. Casus Havaliny omówiliśmy już wczoraj. I omawiana dziś retrospektywna kolekcja (25 kawałków, półtorej godziny muzyki) tylko jeszcze w tym przekonaniu utwierdza. W sumie to nawet trochę źle się czuję z tą opinią. Bo może coś ze mną jest nie tak, że nie potrafię tej muzyki docenić? Może klimat życiowej sytuacji zbyt rzutuje na mą ocenę tej muzyki, nie potrafię oddzielić dwóch kwestii? Gdybym poczuwał się za sprawą tego bloga do bycia profesjonalnym dziennikarzem muzycznym to byłaby sytuacja niemal dyskwalifikująca. A może powinienem się podać do blogerowej dymisji? Majówkowa rozkmina, nie ma co…
W każdym bądź razie – przy całej bogactwie aranżacyjno-brzmieniowej tej Muzyki, rozciągającej się od hawajskiego klimatu poprzez punkowe wygrzewy a na klimatach a’la Tom Waits kończąc, ani razu w moim odczuciu Havalina nie zahacza o Krainę Świetnych Piosenek, co najwyżej Przyzwoitych. Fakt, wspomniane bogactwo klimatyczne nie pozwala się wynudzić, ale to chyba jednak za mało.
Naprawdę jednak zachęcam do odsłuchu – mam nadzieję, że odnajdziecie w tych dźwiękach coś, czego ja nie byłem w stanie, mimo szczerych chęci, odnaleźć.
najlepszy moment: THE LOVE SONG
ocena: 6,5/10
